home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



V

Kilka os'ob wyszlo, inni zaczeli szuka'c muzykanta, by na nowo rozpoczal ta'nce. Ale skrzypek zasnal w rogu sieni na podlodze i niekt'orzy wstawiali sie, aby mu da'c spok'oj.

Od kiedy zatluczono na dobre Larsa, jego towarzysza pomocnika, musi biedny Ole grywa'c po calych dniach i nocach! tak m'owiono.

Tymczasem sprowadzono na podw'orze w'oz i poznoszono rzeczy Torbj"orna oraz zaprzezono konie do innego wozu, mimo pr'o'sb chcial bowiem koniecznie jecha'c do domu. Pan mlody zwlaszcza nalegal, by zostal.

Nie ma tu dla mnie, prawde m'owiac, tej rado'sci, jak by sie zdawalo powiedzial do'n.

Slowa te zastanowily Torbj"orna, ale upieral sie wraca'c do domu przed zachodem slo'nca. Widzac, ze nie ustepuje, go'scie weselni rozproszyli sie po calym obej'sciu. Bylo duzo ludzi, ale panowala cisza i wszystko razem nie robilo wrazenia radosnego dnia weselnego. Torbj"orn spostrzegl, ze brak mu podkulka przy wozie, poszedl tedy go szuka'c. Poniewaz na podw'orzu nie znalazl zdatnego kawalka drzewa, poszedl dalej, natrafil na drewutnie i wszedl do 'srodka. Szedl cichy, zamy'slony, bo nie m'ogl zapomnie'c sl'ow nowoze'nca. Znalazl to, czego szukal, ale nie wracal. Usiadl pod 'sciana z drewnem i nozem w reku.

Naraz uslyszal, ze kto's jeczy w poblizu. Glos dobywal sie spoza cienkiej 'scianki, gdzie za przegroda staly wozy. Nastawil uszu.

Czy to ty? pytal meski glos, wymawiajac slowa z wysilkiem, z przerwami, stekajac z b'olu.

Uslyszal tez placz. Plakala kobieta.

Czemu przyszedle's na wesele? spytal glos kobiecy. Musiala to by'c owa placzaca niewiasta, bo m'owila przez lzy.

Ha na czyimze weselu mialem gra'c, je'sli nie na twoim?

To pewnie grajek Lars, kt'orego srodze zbito pomy'slal Torbj"orn. Ale kt'oz jest ta kobieta? Pewnie sama panna mloda!

Lars byl to 'sliczny, wysmukly chlopak, kt'ory mieszkal katem wraz ze swoja stara matka w jednej z chalup nalezacych do posiadlo'sci Nordhaug'ow.

Czemu nigdy nie powiedziale's wyra'znie? spytala glosem, w kt'orym przebijalo silne wzruszenie.

My'slalem, ze to miedzy nami niepotrzebne! odparl zywo.

Wiedziale's przeciez, ze on przyslal swat'ow?

My'slalem, ze masz wiecej charakteru!

Znowu slycha'c bylo jeno placz. Nagle wyjaknela kobieta:

Czemu nie powiedziale's wyra'znie?

Synowi starej Berty nie na wiele by sie zdalo konkurowa'c do c'orki Nordhaug'ow! odparl po chwili z gorycza. Potem slycha'c bylo jek i ciezki oddech. Zdawalo sie, ze czeka na jej odpowied'z.

Przez tyle lat widywali'smy sie codziennie szepnela.

Byla's zbyt dumna, bym sie odwazyl pogada'c z toba na dobre.

A jednak nie bylo na 'swiecie nic, czego bym bardziej pragnela czekalam z dnia na dzie'n za kazdym spotkaniem czekalam na to slowo! Wydawalo mi sie, ze ci sie wprost narzucam! Na koniec bylam pewna, ze mnie nie chcesz ze pogardzasz mna!

Zapadla cisza. Ani placzu, ani nawet oddechu Larsa.

Torbj"orn pomy'slal o nowoze'ncu, chlopcu, o ile wiedzial, poczciwym i porzadnym i uczul dla'n lito's'c.

Odezwala sie znowu:

Obawiam sie, ze on niewiele bedzie mial pozytku ze mnie.

On jest zacnym czlowiekiem! powiedzial chory i zn'ow zaczal jecze'c.

Widocznie musialy go bardzo bole'c piersi. Zapewne wsp'olczula jego cierpieniu, gdyz rzekla:

Bardzo cierpisz bardzo? Ale pomy'sl inaczej nie mogliby'smy pom'owi'c, nie przyszloby do tego wyja'snienia. Kiedy uderzyle's Knuta, w tej chwili wszystko zrozumialam.

Nie moglem znie's'c dluzej! odrzekl, a po chwili dodal: Knut to zly czlowiek!

O zapewne! potwierdzila dobry nie jest!

Milczeli przez chwile, potem ozwal sie Lars:

Dziwilbym sie bardzo, gdybym odzyskal zdrowie. Zreszta teraz mi wszystko jedno!

'Zle z toba, ale ze mna moze jeszcze gorzej powiedziala i wybuchla placzem.

Juz idziesz? spytal.

Tak a po chwili zalkala Boze! Boze c'oz to bedzie za zycie!

Nie placz! uspokajal ja. B'og wnet skr'oci moje meki, a po mojej 'smierci ulzy ci zobaczysz!

Boze! Boze! Czemuz nie powiedziale's wyra'znie! zawolala z cicha i zdawalo sie Torbj"ornowi, ze zalamuje rece.

Torbj"orn my'slal, ze poszla, przeto po chwili wyszedl takze z drewutni i spytal pierwszego spotkanego go'scia weselnego, jaki byl pow'od sprzeczki pomiedzy Larsem a Knutem.

Zapytany 'sciagnal twarz w faldy tak glebokie, jakby w nich chcial co's ukry'c, i odparl:

Doprawdy, dziwnie blahy byl to pow'od. Knut spytal Larsa, czy skrzypce jego maja dobry ton na tym weselu.

W tej chwili przeszla mimo nich panna mloda. Odwr'ocila twarz, gdy jednak poslyszala nazwisko Larsa, spojrzala i Torbj"orn zobaczyl jej zaczerwienione, blednie patrzace oczy. Ale wyraz jej twarzy byl zimny, tak lodowato zimny, ze Torbj"orn nie m'ogl sie pogodzi'c ze slowami, jakie slyszal przed chwila, i znowu zadumal sie, co to moze znaczy'c.

Zaprzegniety w'oz czekal w podw'orzu. Umocowal podkulek i obejrzal sie za panem mlodym, chcac sie z nim pozegna'c. Nie bylo go, a szuka'c nie chcial, przeciwnie: rad byl, ze go nie ujrzy po tym, co uslyszal. Siadl na w'oz. Nagle od strony stodoly wszczal sie tumult. Wybiegla gromada ludzi, a wysoki mezczyzna idacy na czele krzyczal:

Gdziez jest? Gdzie sie schowal?

Tu! Tu! wolali go'scie.

Nie puszczajcie go! doradzali inni. Z tego gotowe wynikna'c nieszcze'scie!

Czy to Knut? spytal Torbj"orn chlopca stojacego przy wozie.

Tak! Jest pijany i w takich razach bez bitki sie nie obejdzie.

Torbj"orn 'smignal batem, a ko'n ruszyl.

Nie! Nie! Zosta'n, przyjacielu! krzyknal kto's za nim.

'Sciagnal lejce, ale ko'n nie stanal, przeto pozwolil mu i's'c dalej.

Hej, Torbj"ornie Granlien! Boisz sie, widze!

Zatrzymal konia, ale sie nie odezwal.

Zla'z z wozu i pij ze mna! krzyknal Knut.

Dziekuje! powiedzial. Musze wraca'c!

Usilowano go nakloni'c, by zostal. Przy wozie zebralo sie sporo ludzi. Knut stanal przed koniem, poglaskal go, potem wzial jego glowe w dlonie i zaczal mu sie przypatrywa'c. Byl to wysmukly mlodzieniec, mial konopiasta, szczecinowata czupryne i perkaty nos. Usta jego byly szerokie, oczy niebieskie z bezczelnym wyrazem. Niewiele byl podobny do siostry, mial tylko taki sam kr'oj ust i proste, wysokie czolo. Wygladal jednak ordynarnie, gdy ona byla znacznie wykwintniejsza.

Ile chcesz za tego konia? spytal.

Nie jest na sprzedaz! odparl Torbj"orn.

Moze my'slisz, ze nie mam pieniedzy?

Nie wiem wcale, czy masz, czy nie masz!

Watpisz o tym! Ej, nie radze ci obraza'c mnie.

Parobczak, kt'ory przedtem bawil sie wlosami dziewczat, powiedzial do swego sasiada:

Knut jako's nie ma dzisiaj odwagi.

Uslyszal to Knut.

Nie mam odwagi? krzyknal. Kto to powiedzial? Ja nie mam odwagi?

W'oz otoczylo sporo ludzi.

Z drogi! zawolal Torbj"orn. Usu'ncie sie, panowie! 'Smignal batem, got'ow ruszy'c.

Ty gadasz do mnie, bym ustapil z drogi? wrzasnal Knut.

M'owilem o koniu, bo musi przej's'c. Odjezdzam!

Co, chcesz mnie przejecha'c? wrzasnal znowu Knut.

Ustap, prosze cie!

W tej chwili ko'n podni'osl glowe, bo inaczej musialby nia uderzy'c Knuta w pier's. Knut chwycil konia przy pysku, a biedne zwierze my'slac, ze znowu zostanie obite, zaczelo drze'c na calym ciele. Torbj"orn doznal wyrzut'ow sumienia, ze sie az tak zapomnial wobec bezrozumnego zwierzecia, a jednocze'snie zawrzal gniewem na Knuta. Podni'osl sie i trzasnal go batem przez glowe.

O'smielasz sie mnie bi'c? krzyknal Knut i zblizyl sie.

Torbj"orn zeskoczyl z wozu.

Jeste's zly czlowiek! powiedzial, a twarz jego okryla blado's'c, oddal lejce chlopcu, kt'ory wyszedl z izby i ofiarowal sie trzyma'c konia.

Starzec, kt'ory wstal z lawy, kiedy Aslak sko'nczyl opowiadanie, przystapil do Torbj"orna, wzial go pod ramie i powiedzial:

S"amund Granlien jest zbyt zacnym czlowiekiem, aby jego syn bil sie z takim jak Knut rozb'ojnikiem.

Torbj"orn uspokoil sie troche, ale Knut wrzasnal:

Co, ja jestem rozb'ojnik? On taki dobry jak i ja, a jego ojciec r'owny jest mojemu ojcu! Chod'z no, chod'z! Ludzie jeszcze nie wiedza, kt'ory z nas mocniejszy!

Zaraz sie dowiedza! odrzekl Torbj"orn.

Zupelnie jak dwa kocury! odezwal sie czlowiek lezacy poprzednio na l'ozku. Musza sobie naprz'od doda'c odwagi wrzaskiem.

Torbj"orn slyszal to, ale nic nie odrzekl. Jedni zaczeli sie 'smia'c, inni oburzali sie, ze na tym weselu tyle bitek i ze napastuja czlowieka przybylego po pomoc, kt'ory chce spokojnie odjecha'c. Torbj"orn obejrzal sie za koniem. Ale chlopiec odprowadzil go na bok i sam gapil sie na rozpoczynajaca sie rozprawe.

Za czym sie ogladasz? spytal Knut. Tu nie ma Synn"owe!

C'oz cie ona obchodzi?

Nic nic odrzucil Knut takie poboznisie i obludnice nic mnie nie obchodza.

Tego bylo Torbj"ornowi za duzo.

Spojrzal wokolo, badajac miejsce. Ale znowu wmieszali sie dwaj starsi ludzie m'owiac, ze Knut dosy'c juz na tym weselu narobil awantur i nieszcze's'c.

Mnie nie zrobi nic! powiedzial Torbj"orn i wszyscy zamilkli.

Inni za's m'owili:

Niechby sie rozprawili. Potem zostana przyjaci'olmi. I tak od dawna patrza na siebie spode lba.

Tak! zauwazyl kto's. Jeden i drugi chce by'c pierwszym w calej dolinie. Przekonamy sie teraz, kt'ory lepszy.

Czy widzial kto z was niejakiego Torbj"orna Granlien? spytal Knut. Podobno byl tutaj niedawno.

Tak oto jest! odpowiedzial Torbj"orn i w tej chwili Knut dostal taki cios w prawe ucho, ze sie zatoczyl na stojacych poza nim ludzi.

Nastala gleboka cisza. Knut zebral sie w sobie i bez slowa rzucil sie na przeciwnika. Rozwinela sie walka na pie'sci. Jeden i drugi chcial dobrze pomaca'c wsp'olzawodnika, ale byli r'owni sobie, przeto kazdy trzymal drugiego w nalezytej odleglo'sci. Torbj"orn bil gesto i, jak powiadano, ciosy jego byly mocniejsze.

Nareszcie trafil Knut na swojego przeciwnika! powiedzial chlopiec, kt'ory trzymal konia. Z drogi zr'obcie miejsce!

Kobiety i dziewczeta rozbiegly sie, jedna tylko panna mloda stala na szczycie schod'ow i patrzyla uwaznie. Torbj"orn rzucil na nia okiem i przerwal na moment walke. Spostrzeglszy jednak n'oz w reku Knuta trzasnal go powyzej przegubu tak silnie, ze ramie zwislo bezwladnie, a n'oz wypadl na ziemie.

Ach! Alez ty bijesz! zawolal Knut.

Doprawdy? odrzucil Torbj"orn i natarl na'n.

Knut bronil sie slabo jedna reka, przeto przeciwnik podni'osl go i poni'osl ze soba, ale nielatwo bylo obali'c go na dobre. Kilka razy rzucany o ziemie tak, ze kazdy inny bylby sie poddal, Knut zrywal sie na nogi. Mial twardy grzbiet. Torbj"orn porwal go w ramiona i poni'osl dalej, ludzie sie rozpraszali w poplochu, a on szedl dookola podw'orza, az zaszli pod schody. Tu podni'osl Torbj"orn Knuta raz jeszcze i grzmotnal nim o ziemie z taka sila, ze sam sie zachwial w kolanach. Glowa Knuta zadzwonila na plytach kamiennych, legl bez ruchu, jeknal i zamknal oczy.

Torbj"orn rozejrzal sie wokolo. Oczy jego spoczely na pannie mlodej, kt'ora stala jak skamieniala.

Podl'ozcie mu co's pod glowe! powiedziala, obr'ocila sie i weszla do domu.

Przeszly mimo dwie stare kobiety.

Na mily B'og! zawolala jedna. Znowu kt'ory's lezy na ziemi. Kt'oz to taki?

To sam Knut Nordhaug! odpowiedzial kto's.

Ano, to w przyszlo'sci bedzie pewnie mniej bijatyk zauwazyla druga. Lepiej swych sil uzy'c na co's innego!

Dobrze's powiedziala, Randi! pochwalila pierwsza. Niechze ich B'og o'swieci, by my'sli swe zwr'ocili do rzeczy wyzszych!

Te slowa uczynily silne wrazenie na Torbj"ornie. Nie przem'owil dotad, przypatrywal sie tylko ludziom krzatajacym sie okolo Knuta. Ten i 'ow zaczepil go. Nie odpowiedzial, obr'ocil sie tylko i popadl w zadume. Ujrzal w duchu Synn"owe i poczul wstyd. Rozmy'slal nad tym, w jaki spos'ob opowie jej o calym zaj'sciu, i czul, ze nie tak latwo sko'nczyl bitke, jak mu sie wydawalo.

Nagle uslyszal wolanie:

Baczno's'c, Torbj"orn!

Ale zanim zdazyl sie obr'oci'c, uczul, ze Knut chwyta go z tylu za ramiona i padl wstecz. Jednocze'snie poczul gwaltowny b'ol, nie wiedzial tylko, gdzie go boli. Slyszal glosy wokolo siebie, czul, ze jedzie, zdawalo mu sie, ze sam powozi.. . ale dokladnie nie wiedzial nic.

Trwalo to dosy'c dlugo. Zrobilo mu sie zimno, potem zn'ow goraco, potem uczul sie lekki, tak lekki, ze unosil sie w powietrzu, i przekonal sie namacalnie, ze fruwa z jednego drzewa na drugie, nastepnie wzlatywal na g'ore, coraz wyzej i wyzej, az na hale, i jeszcze wyzej na skalista gra'n. Tam stala Synn"owe, pochylila sie nad nim, zaplakala i rzekla, ze trzeba bylo powiedzie'c wyra'znie. Plakala dlugo i dodala, ze Knut wszedzie jej zastepowal droge, iz w ko'ncu musiala go przyja'c. Pogladzila go z jednej strony po twarzy, tak ze uczul cieplo, a lzy jej plynely takim strumieniem, ze koszula cala przemokla mu na piersiach.

Na wielkim spiczastym kamieniu ukazal sie nagle Aslak i zaczal zapala'c wokolo drzewa, kt'ore trzeszczaly i huczaly, a galezie lataly wokolo. Otwieral gebe, 'smial sie i gadal, ze to nie on uczynil, tylko jego zla matka.

Ujrzal potem swojego ojca, S"amunda, i zdziwil sie, widzac, ze rzuca wielkie wory ze zbozem wysoko w g'ore, tak wysoko, ze wpadaly w chmury i chmury je przyciagaly. Zboze rozsypywalo sie niby mgla, a on dziwil sie bardzo, ze zboze moze trzyma'c sie w g'orze i rozplywa'c po calym niebie. Spojrzal na d'ol na S"amunda, a ten wydal mu sie maly, coraz mniejszy, w ko'ncu tak maly, ze ledwo go m'ogl dostrzec na ziemi. Ale ciagle rzucal worki w niebo, coraz to wyzej i wolal: na'sladuj mnie, je'sli potrafisz!.

Wysoko, gdzie's ponad chmurami stal ko'sci'ol, a na jego wiezy widniala jasnowlosa dziedziczka Solbakken. Trzymala w jednej rece jasnoczerwona chustke, a w drugiej 'spiewnik z psalmami i m'owila: Nie dostaniesz sie tutaj, p'oki sie nie odzwyczaisz od klatw i bijatyk Nagle, gdy spojrzal lepiej, przekonal sie, ze to nie ko'sci'ol, ale Solbakken polyskujace szybami w slo'ncu tak jaskrawo, ze go ten blask 'cmil i musial zamkna'c oczy.

Ostroznie! Ostroznie, S"amundzie!

Poslyszal jaki's glos i zbudziwszy sie ze snu, uczul, ze go niosa, a gdy otwarl oczy, ujrzal, ze znajduje sie w wielkiej izbie w Granlien. Na ognisku palil sie suty ogie'n. Obok niego stala matka i plakala, a ojciec wla'snie podsunal pode'n ramie, by go przenie's'c do sasiedniej komnaty. Nagle ojciec cofnal reke.

Jeszcze zyje! powiedzial drzacym glosem do matki.

Boze drogi, patrzy! zawolala. Torbj"ornie! Kochany Torbj"ornie, synu m'oj, co oni z toba zrobili! pochylila sie nad nim i gladzila jego policzki, a lzy splywaly na'n gorace. Czul to dobrze.

S"amund otarl oczy rekawem koszuli, odsunal lagodnie matke i powiedzial:

Lepiej go przenie's'c od razu!

Podsunal ostroznie ramie pod jego plecy, drugie pod kolana.

Trzymaj go za glowe polecil matce bo jej sam pewnie nie uniesie!

Wziela jego glowe w rece i poszla przodem, a S"amund troskliwie stosowal swe kroki do jej kroku, by nie wstrzasna'c chorym. Za chwile lezal Torbj"orn na miekkim l'ozku.

Gdy go ulozono i przykryto, spytal S"amund, czy parobek odjechal.

Jeszcze tu jest! odparla matka pokazujac na podw'orze. S"amund szybko otwarl okno i zawolal:

Je'sli wr'ocisz za godzine, dostaniesz podw'ojna pensje na Nowy Rok! Jed'z, co ko'n wyskoczy!

Przystapil zn'ow do l'ozka, Torbj"orn patrzyl przytomnie. Ojciec spogladal na'n dlugo, a oczy jego napelnily sie lzami.

Wiedzialem, ze sie tak sko'nczy! powiedzial, obr'ocil sie i poszedl.

Matka siedziala na niskim stoleczku u n'og syna i plakala z cicha. Torbj"orn chcial co's powiedzie'c, ale uczul, ze to za wielki dla niego wysilek, przeto milczal. Tylko oczu nie spuszczal z matki. Nigdy nie byly tak piekne, polyskujace i uznal to za bardzo zly znak.

Niech sie B'og nad toba i nami zmiluje! wyszeptala. Wiem, ze S"amund nie przezylby dnia twojej 'smierci.

Torbj"orn patrzyl na nia nieruchomym spojrzeniem, a twarz jego byla sztywna i zmartwiala. To spojrzenie przenikalo matke do glebi duszy. Zaczela odmawia'c Ojcze nasz, bedac pewna, ze lada chwila zako'nczy zycie. Siedzac tak, rozwazala jak bardzo kochali wszyscy w calym domu Torbj"orna. Potem wstala i pchnela posla'nca do Ingrid na hale, by wracala wraz z mlodszym bratem. Wydawszy to polecenie, wr'ocila znowu na swe miejsce przy l'ozku. Patrzyl na nia ciagle i wzrok ten skierowal jej my'sli ku rzeczom wyzszym. Wziela w reke Biblie i powiedziala:

Przeczytam ci glo'sno ustep, to ci dobrze zrobi!

Nie majac pod reka okular'ow, otworzyla ksiazke na rozdziale, kt'ory od czasu swych lat mlodzie'nczych umiala na pamie'c. Byla to Ewangelia 'sw. Jana. Nie byla pewna, czy chory slyszy, bo lezal bez ruchu i wpatrywal sie w nia tepo. Ale czytala do ko'nca, je'sli nie dla niego, to dla samej siebie.

Ingrid wr'ocila rychlo, by pom'oc matce w czuwaniu nad bratem. Ale Torbj"orn spal teraz. Ingrid zaczela plaka'c jeszcze na halach i lzy jej plynely bez ustanku.

My'slala o Synn"owe, kt'ora jeszcze nie wiedziala o niczym.

Przyjechal lekarz i zbadal chorego. Torbj"orn otrzymal glebokie pchniecie nozem w plecy, a poza tym mial duzo ran i si'nc'ow. Doktor nie powiedzial nic, a nikt nie 'smial go pyta'c. S"amund wszedl wraz z nim do stancji i nie spuszczal oka z jego twarzy. Wyprowadzil go na podw'orze, pom'ogl wsia's'c do dwukolnej karolki i zdjal czapke, gdy doktor powiedzial, ze przyjedzie nastepnego dnia. W'owczas zwr'ocil sie do zony i rzekl:

Nic nie m'owi! Wiec jest 'zle!

Glos mu drzal, nogi sie pod nim uginaly, obr'ocil sie i poszedl na przelaj polami. Nikt nie wiedzial, gdzie byl. Nie wr'ocil ani wieczorem, ani w nocy, dopiero nazajutrz rano i wygladal tak ponuro, ze nikt o nic nie 'smial pyta'c.

Co slycha'c? zagadnal Ingrid.

Spal! odrzekla. Ale jest tak oslabiony, ze nie moze podnie's'c reki.

Ojciec chcial wej's'c, by go zobaczy'c, ale zawr'ocil od samych drzwi stancji, gdzie lezal Torbj"orn.

Doktor przyjechal i bywal odtad codziennie. Torbj"orn m'ogl juz m'owi'c, ale zabroniono mu rusza'c sie. Ingrid siedziala ciagle przy nim na przemian z matka i mlodszym bratem, ale nie pytal o nic, a oni tez nie odwazyli sie zadawa'c mu pyta'n.

Ojciec nie wchodzil nigdy do stancji chorego, tak ze Torbj"orn zwr'ocil na to uwage. Ile razy kto's otwieral drzwi, spogladal uwaznie, a wszyscy byli pewni, ze oczekuje ojca. W ko'ncu spytala Ingrid, czy chce jeszcze kogo zobaczy'c.

Widocznie on nie chce mnie widzie'c! odpowiedzial.

Opowiedziano to S"amundowi, ale nie ozwal sie slowem, tylko tego dnia, gdy przybyl lekarz, nie bylo go w domu. Lekarz odjechal juz spory kawalek od osiedla, gdy nagle spostrzegl S"amunda siedzacego przy drodze. S"amund przywital sie, a potem spytal o stan syna.

Strasznie go pokaleczono! powiedzial lekarz.

Czy wyjdzie z tego? spytal S"amund i zaczal majstrowa'c kolo popregu konia.

Dziekuje rzekl lekarz ale wszystko jest przeciez w porzadku.

Byl za malo przyciagniety! odparl S"amund.

Nastala chwila milczenia. Lekarz patrzyl uwaznie na S"amunda, ale stary czlek tak byl zajety popregiem, ze na'n nie spojrzal.

Pytal pan, czy wyjdzie z tego? zaczal lekarz. Zdaje mi sie, ze wyjdzie

S"amund spojrzal na'n szybko.

Wiec nie ma niebezpiecze'nstwa rzucil.

Juz od kilku dni nic mu nie grozi! odrzekl lekarz.

Do oczu S"amunda rzucily sie lzy. Chcial je powstrzyma'c, ale plynely mimo to.

Wstyd mi doprawdy jakal wstyd mi, ze placze, ale, doktorze, dzielniejszego chlopca nie ma w calej dolinie, w calej parafii.

Doktor uczul wzruszenie.

Czemuz nie pytale's pan dotad?

Nie mialem odwagi! odrzekl S"amund, polykajac lzy. Zreszta te kobiety gapily sie na mnie, ile razy chcialem pyta'c i slowa grzezly mi w gardle.

Doktor zaczekal, az sie uspokoi. Potem S"amund spojrzal bystro w oczy lekarza i spytal:

Czy odzyska zdrowie?

Do pewnego stopnia! odrzekl tamten. Nie da sie o tym na razie nic pewnego powiedzie'c!

S"amund rozwazal przez chwile jego slowa.

Do pewnego stopnia zamruczal pod nosem, patrzac w ziemie.

Doktor nie przerywal mu. Bylo co's w S"amundzie, co nakazywalo szacunek. Nagle S"amund podni'osl glowe i rzekl:

Dziekuje panu doktorowi za dobra wie's'c! podal mu reke i odszedl.

W tym czasie siedziala przy Torbj"ornie Ingrid.

Je'sli sie czujesz na silach powiedziala to opowiem ci co's o ojcu.

M'ow odrzekl chory.

Pierwszego wieczoru po bytno'sci doktora ojciec wyszedl, a nikt nie wiedzial, dokad sie udal. On za's poszedl do Nordhaug na wesele. Gdy sie zjawil, przerazenie ogarnelo go'sci. Siadl przy stole i pil, nawet panu mlodemu wydawalo sie, ze troche sobie podpil.

Potem zaczal rozpytywa'c o przebieg calego zaj'scia i dowiedzial sie wszystkiego dokladnie. Naraz pojawil sie Knut, a ojciec chcial, aby on sam opowiadal, i wyszedl z nim na podw'orze, na to miejsce, gdzie sie odbylo spotkanie z toba. Wszyscy go'scie weselni otoczyli ich i sluchali. Knut m'owil, jak mu dojechale's, obezwladniajac jedno ramie. Ale nie chcial ciagna'c dalej opowiadania. W'owczas ojciec skoczyl i spytal, czy przypadkiem nie stalo sie to tak? W tej chwili chwycil Knuta, podni'osl w g'ore, polozyl na kamieniach, na kt'orych byly jeszcze 'slady twojej krwi i trzymajac go reka lewa, prawa przylozyl mu n'oz do gardla.

Knut pobladl, wszyscy go'scie zamilkli. Niekt'orzy m'owili, ze ojcu lzy plynely z oczu i spadaly na Knuta, kt'ory nie bronil sie wcale. Ale ojciec nic mu zlego nie uczynil. Podni'osl go z ziemi i zn'ow polozyl, i ponownie przylozyl mu sztych do gardla.

Nie moge sie przezwyciezy'c, by cie pu'sci'c zdrowo! powiedzial, trzymajac go mocno pod soba. Zjawily sie dwie stare kobiety, a jedna z nich ozwala sie:

S"amundzie Granlien! Wspomnij o zonie i reszcie twoich dzieci, czy ojciec ich ma zosta'c morderca?

W'owczas, powiadaja, S"amund pu'scil Knuta i za chwile gdzie's zniknal, a Knut tak sie zawstydzil, ze umknal chylkiem z wesela i nie pokazal sie na nim do ko'nca.

Ledwo Ingrid sko'nczyla opowiada'c, kto's uchylil drzwi. Byl to ojciec. Wyszla niezwlocznie, ustepujac mu miejsca. O czym rozmawial z synem, tego nikt sie nigdy nie dowiedzial. Matka stala pod drzwiami i wpadlo jej do ucha, ze rozprawiano o tym, czy i jak dalece odzyska Torbj"orn dawne sily i zdrowie. Ale nie byla pewna, a wchodzi'c nie 'smiala, p'oki maz byl u syna. Gdy S"amund wyszedl, zauwazono, ze oczy jego byly zaczerwienione, a stary byl w nastroju niezwykle lagodnym.

Nie umrze! powiedzial do zony mimochodem. Ale B'og jeden tylko wie, czy odzyska sily

Ingeborga rozplakala sie i wyszla za mezem na podw'orze. Tam siedli na schodach lamusa i rozmawiali dlugo o r'oznych sprawach.

Gdy Ingrid wsunela sie cicho do stancji brata, Torbj"orn trzymal w reku mala kartke papieru i powiedzial powoli i spokojnie:

Te kartke musisz da'c Synn"owe, gdy sie tylko z nia spotkasz.

Ingrid przeczytala kartke i rozplakala sie rzewnie, gdyz bylo tam napisane:

Do

Szanownej Panny Synn"owe,

c'orki Guttorma w Solbakken

Gdy przeczytasz te kartke, wiedz, ze miedzy nami wszystko sko'nczone. Nie jestem tym czlowiekiem, kt'orego chcesz. Niech B'og mnie i Ciebie ma w swojej opiece.

Torbj"orn, syn S"amunda z Granlien.


| Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza tłum. Franciszek Mirandola | c