home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



IV

Hale granlie'nskie lezaly na rozleglej wyzynie, z kt'orej roztaczal sie piekny widok na cala okolice. Na pierwszym planie widnialo Solbakken w gaszczu wielobarwnych drzew. Dalej ukazywaly sie osiedla okolone pier'scieniami las'ow. Domy lezace w po'srodku tej zieleni zdawaly sie ustroniami szcze'scia i spokoju, wydartymi przemoca dzikiej przyrodzie.

Wzrok ogarnial z hali czterna'scie takich gospodarstw. Ale z osiedla Granlien widoczne byly jedynie dachy zabudowa'n i to tylko z samego brzegu hali.

Tam siadywaly zazwyczaj dziewczeta i patrzyly na dymy wznoszace sie z komin'ow.

Matka gotuje obiad! rzekla Ingrid. Dzi's bedzie peklowina z grochem.

Slyszysz powiedziala Synn"owe zwoluja mezczyzn. Chcialabym wiedzie'c, gdzie dzisiaj pracuja.

Obie 'sledzily smugi dymu, zrazu zwawo i ochoczo wijace sie w niebo, potem rozpelzajace sie w przejaskrawionym slo'ncem powietrzu i ginace w dali.

My'sli dziewczat blakaly sie r'owniez daleko po polach, g'orach i lasach.

Dzi's my'slaly o osiedlu Nordhaug'ow. 'Slub juz sie odbyl, ale uroczysto'sci weselne mialy trwa'c caly tydzie'n, totez od czasu do czasu dochodzily ich uszu strzaly i glo'sne pokrzykiwania.

Wesela sie! powiedziala Ingrid.

Nie mam im tego za zle! odrzekla Synn"owe, zabierajac sie do swej recznej rob'otki.

Chcialabym to zobaczy'c! m'owila Ingrid. Siedziala w trawie i spogladala ku Nordhaug, gdzie ludzie ukazywali sie pomiedzy budynkami i znikali znowu w'sr'od drzew. Jedni krazyli okolo spichrza i stodoly, gdzie staly zapewne obficie zastawione stoly, inni szli parami rozmawiajac ze soba i oddalali sie nieraz znacznie od osiedla.

Nie rozumiem, co cie tam pociaga? powiedziala Synn"owe.

Ja sama dobrze nie wiem! odrzekla Ingrid. To zapewne taniec!

Synn"owe nic nie odrzekla.

Czy's nigdy nie ta'nczyla? spytala Ingrid.

Nie!

My'slisz, ze to grzech?

Nie wiem sama.

Ingrid porzucila na razie ten temat, bo przypomniala sobie, ze haugianie surowo zabraniali ta'nca, a nie chciala bada'c, jak dalece Synn"owe dzieli poglady rodzic'ow pod tym wzgledem. My'sli jej krazyly jednak kolo tego, bo po chwili powiedziala:

Nie widzialam w zyciu lepszego tancerza od Torbj"orna.

Synn"owe zawahala sie, a potem rzekla:

Tak, slyszalam, ze dobrze ta'nczy!

Powinna by's go zobaczy'c! zawolala Ingrid i zwr'ocila sie do niej.

Nie, nie chce! zaprotestowala Synn"owe zywo.

Ingrid stropila sie, a Synn"owe pochylila sie nad swa szydelkowa rob'otka i zaczela liczy'c oczka. Ale upu'scila prace na kolana i powiedziala z westchnieniem:

Dawno nie bylam tak wewnetrznie uradowana jak dzisiaj.

Czemuz to?

Bo dzisiaj on nie ta'nczy w Nordhaug!

Ingrid zamy'slila sie.

Tak! Podobno jest tam mn'ostwo dziewczat, kt'ore by chcialy z nim ta'nczy'c.

Synn"owe otwarla usta, jakby chciala co's powiedzie'c, ale miast tego wziela sie do roboty.

I on by tam chcial p'oj's'c! ciagnela dalej Ingrid. Wiem dobrze!

Ale zaraz u'swiadomila sobie, ze palnela glupstwo i spojrzala zawstydzona na zarumieniona, zajeta robota Synn"owe. Zamy'slila sie nad cala rozmowa, na kleczkach przysunela sie do przyjaci'olki i spojrzala jej prosto w oczy. Klasnela w dlonie, chcac zwr'oci'c jej uwage, ale tamta nie podniosla wzroku. W'owczas Ingrid roze'smiala sie wesolo.

Zaloze sie, ze zataila's przede mna co's, co sie w tych dniach stalo.

Co powiadasz? spytala Synn"owe niepewnym glosem.

Nie gniewasz sie, ze Torbj"orn ta'nczy?

Nie bylo odpowiedzi. Ingrid roze'smiala sie glo'sno, a potem objela przyjaci'olke za szyje i szepnela jej do ucha:

Jeste's zla, ze on ta'nczy z innymi, nie z toba!

Co za glupstwa pleciesz, Ingrid! powiedziala Synn"owe, odsunela ja od siebie i wstala. Ingrid poszla za jej przykladem.

To prawdziwa szkoda, moja Synn"owe, ze ty nie umiesz ta'nczy'c! zawolala wesolo. Wielka szkoda! Czekaj, ja cie zaraz naucze!

Objela Synn"owe wp'ol.

Czego ci sie zachciewa? bronila sie tamta.

Naucze cie ta'nczy'c, by's sie nie smucila, gdy ta'nczy z innymi.

Synn"owe musiala sie roze'smia'c, chociaz uczynila to z przymusem.

Kto's moze zobaczy'c! powiedziala.

Niech ci B'og da zdrowie, chociaz m'owisz glupstwa odparla Ingrid, zaczela nuci'c skoczna melodie i obracala w jej takt Synn"owe.

Nie nie nie umiem! bronila sie.

Glupstwo! Dopiero co m'owila's, ze's dawno nie byla tak uradowana dalejze, raz dwa trzy

Nie wiem, jak sie to robi?

Spr'obuj tylko, reszta przyjdzie sama!

Wariatka z ciebie, Ingrid.

Tak m'owil kot do wr'obla, kt'ory nie chcial czeka'c, az znajdzie sie w jego lapkach No zaczynamy!

Mam ochote ale

Wyobra'z sobie, ze ja jestem Torbj"ornem, a ty jego zona, kt'ora nie moze znie's'c, by ta'nczyl z innymi.

Dajze spok'oj

Ingrid 'spiewala.

Alez powtarzala Synn"owe.

Jednak nogi same poczely skaka'c.

Byl to tak zwany skakany, taniec norweskich g'orali w takcie trzy'cwierciowym.

Ingrid sadzila wielkimi susami przodem, na'sladujac krok tancerza, Synn"owe drobila w 'slad za nia, z oczyma spuszczonymi ku ziemi.

Ingrid nucila stara, wesola, niemajaca za grosz sensu przy'spiewke skakanego o lisie i zajacu ta'nczacych na pustkowiu poroslym wrzosami.

Co za uciecha! Prawda? krzyknela, stajac zadyszana. Synn"owe 'smiala sie i o'swiadczyla, ze mialaby wieksza ochote na walca.

Wybornie! powiedziala Ingrid nie ma zadnej przeszkody!

Zaczela jej pokazywa'c, jak trzeba stawia'c kroki, bo walc, jak twierdzila, to taniec bardzo trudny.

O, uda sie! zareczyla Synn"owe. Byle nie zgubi'c taktu. Ingrid zarzadzila pierwsza pr'obe, a Synn"owe zaczela tez nuci'c z poczatku z cicha, a potem coraz to glo'sniej.

Nagle Ingrid zatrzymala sie, klasnela w dlonie i krzyknela zdziwiona:

Alez ty ta'nczysz wy'smienicie!

Cicho! Nie m'ow o tym nikomu! zawolala Synn"owe, objela Ingrid wp'ol i walcowala z nia dalej.

Kt'oz cie tego nauczyl?

Tra la la tra la la nucila Synn"owe, nie puszczajac przyjaci'olki. Ingrid wpadla w prawdziwy szal, wirowala, 'spiewajac.

C'oz to za piosenka zdziwila sie nagle Synn"owe i przestala ta'nczy'c.

Nie wiem, co 'spiewam! odparla Ingrid. Slyszalam, jak 'spiewal to Torbj"orn!

To slowa Benta kryminalisty! Ojciec mi m'owil

To jego slowa? zdziwila sie Ingrid i spu'scila oczy.

Nagle spostrzegly obie na go'sci'ncu czlowieka idacego obok naladowanego wozu.

Patrz, kto's jedzie od strony Granlien! zawolala Ingrid.

Moze to on! powiedziala Synn"owe.

Tak, to Torbj"orn!

W istocie byl to Torbj"orn. Jechal z miasta. Droga byla daleka, a w'oz ciezko naladowany, przeto posuwal sie z wolna po pokrytej kurzem drodze. Duzy kawal go'sci'nca mozna bylo obja'c spojrzeniem z wysoko'sci hali. Poslyszawszy z g'ory wolania, domy'slil sie zaraz, kto wola, stanal na wozie i pokrzykiwal, az echo rozdzwonilo sie po g'orach. Z hali odpowiedzialy mu d'zwieki drewnianego rogu juhas'ow. Sluchal, a gdy przebrzmialy, wolal znowu. Trwalo to dobra chwile i Torbj"orn rozradowal sie bardzo. Patrzyl ku Solbakken i w pelni slo'nca wydawalo mu sie tak piekne jak nigdy dotad.

Zadumal sie tak, ze przestal zwraca'c uwage na konia, kt'ory kroczyl wedle wlasnego upodobania. Nagle zerwal sie. Ko'n dal susa w bok, a ruch ten byl tak niespodziany i gwaltowny, ze pekl na dwoje jeden z dyszli zaprzegu. Ko'n rzucil sie galopem i pedzil po polach Nordhaug'ow, przez kt'ore wi'odl go'sciniec. Torbj"orn 'sciagnal lejce i zaczela sie teraz walka pomiedzy nim a koniem. Ko'n chcial rzuci'c sie w galopie ze stromego zbocza, Torbj"orn usilowal go zatrzyma'c. 'Sciagnal lejce tak silnie, ze ko'n stanal deba. Torbj"orn zeskoczyl z wozu i zanim ko'n zdolal sie ponownie rozpedzi'c, przywiazal lejce do drzewa.

W ten spos'ob sprawa zostala na razie zako'nczona. Ale ladunek wozu ucierpial niemalo, r'ozne przedmioty pospadaly, jeden dyszel byl zlamany, a ko'n drzal ze strachu. Torbj"orn przystapil do'n, chwycil go przy pysku, przemawial glosem lagodnym, nastepnie odwr'ocil go wstecz, tak by sie zabezpieczy'c od chetki galopowania stromym zboczem, gdyby mu znowu wpadlo co's do glowy. Przerazone stworzenie nie moglo usta'c w miejscu i Torbj"orn musial biec za koniem w podskokach, kierujac go ku go'sci'ncowi. Udalo mu sie to. Biegnac mijal pogubione rzeczy. Kilka naczy'n stluklo sie i ich zawarto's'c przepadla. Do tej pory my'slal Torbj"orn jeno o niebezpiecze'nstwie, teraz spostrzegl szkode i to go rozzlo'scilo. Zrozumial, ze nic z calej jazdy do miasta i zlo's'c zaczela w nim wzbiera'c. Gdy stanal na drodze, ko'n sploszyl sie ponownie i chcial sie uwolni'c skokiem w bok. W'owczas gniew Torbj"orna wybuchnal z cala sila. Lewa reka 'scisnal wedzidlo, a prawa zaczal zadawa'c ciosy ciezkim batem, az ko'n spienil sie i zaczal go bi'c przednimi kopytami po piersiach. Ale Torbj"orn byl silny, trzymal konia w oddaleniu od siebie i bil coraz to okrutniej grubszym ko'ncem bata.

Ko'n rzal i jeczal z b'olu, a on bil.

Naucze ja cie bryka'c kanalio! wrzeszczal, a piana z pyska biednego konia spadala mu platami na rece.

Popamietasz to sobie! Naucze ja cie poslusze'nstwa! wolal.

Obracali sie obaj z koniem w k'olko. Zwierze juz nie stawialo oporu, drzalo jedno od kazdego ciosu, uchylalo glowe i jeczalo na widok wzniesionego w g'ore bata.

Torbj"orn uczul nagle wstyd i przestal bi'c.

W tejze chwili ujrzal siedzacego nad rowem czlowieka. Wsparty na lokciach czlowiek 'ow gapil sie na'n i chichotal z uciechy. Torbj"ornowi jaka's czarna mgla zaslonila oczy i trzymajac jedna reka konia, druga wzni'osl bat i rzucil sie na owego czlowieka.

Ja cie oducze 'smiechu drabie! wrzasnal.

Cios padl, ale nie byl celny. Mimo to czlowiek krzyknal i stoczyl sie w r'ow. Podni'osl sie na czworaki, obr'ocil ku Torbj"ornowi i zrobil szyderczy grymas. Potem za'smial sie szata'nsko, bezglo'snie, samymi jeno mie'sniami twarzy. Torbj"orn drgnal, bo poznal te twarz. Tak to byl Aslak

Nie wiedzial dlaczego, ale poczul zimny dreszcz na plecach.

To ty's mi sploszyl konia? spytal.

Lezalem tutaj i spalem sobie! rzekl Aslak, podnoszac sie. Zbudzile's mnie wrzeszczac i bijac bez pamieci biedne zwierze.

Wszystkie zwierzeta boja sie ciebie! zawolal Torbj"orn i zaczal glaska'c konia, z kt'orego 'sciekal obficie pot.

Boi sie ciebie bardziej niz mnie! powiedzial Aslak, podnoszac sie na kolana. Nigdy nie zmaltretowalem tak konia nigdy w zyciu!

Nie gadaj tyle! krzyknal na'n Torbj"orn, potrzasajac batem.

Aslak wylazl z rowu.

Jak to? Ja za duzo gadam? Nie A gdzie ci tak spieszno? Ha?

Zblizyl sie, zataczajac mocno, bo byl pijany.

Dzi's pewnie nie pojade dalej! powiedzial Torbj"orn wyprzegajac konia.

A, to naprawde smutna sprawa! powiedzial Aslak. Zblizyl sie i zdjal kapelusz. Aj u licha zawolal. Wyrosle's, widze, na pysznego parobka, od kiedy'smy sie rozstali.

Wlozyl rece w kieszenie i staral sie sta'c prosto, chociaz nogi chwialy sie pod nim. Patrzyl na w'oz i Torbj"orna, kt'ory z mozolem rozplatywal powiklane sznury i rzemienie zaprzegu. Torbj"orn potrzebowal koniecznie pomocy, ale nie m'ogl sie zdecydowa'c, by prosi'c o nia Aslaka.

Aslak wygladal strasznie. Odzienie mial uwalane w szlamie rowu i kurzu go'sci'nca, wlosy posklejane sterczaly spod starego, polamanego, dziurawego melonika. Twarz przypominajaca dawniejsze rysy wykrzywiona byla ustawicznym szyderczym grymasem, a z oczu pozostaly jeno waskie szparki, tak ze patrzac na kogo's, przechylal glowe w tyl i otwieral przy tym usta. Rysy twarzy zrobily sie nikle, a czlonki sztywne, bo rozpil sie na um'or. Torbj"orn spotykal go od czasu do czasu, ale Aslak udawal, ze go nie widzi. W roli przekupnia wl'oczyl sie po calej okolicy i zachodzil wszedzie, gdzie odbywala sie jaka's feta. Tam 'spiewal piosenki i opowiadal anegdoty, co czynil zreszta z wielka umiejetno'scia, oraz pil w'odke, kt'ora go obficie traktowano.

Przyszedl tedy takze na wesele u Nordhaug'ow, ale umknal ze'n cichaczem, bo jak sie potem Torbj"orn dowiedzial, zwyczajem swoim podjudzil ludzi na siebie wzajem i zachodzila obawa, ze burza spadnie na jego glowe.

Przywiaz konia do drzewa lub do wozu! poradzil. I tak sam nie dasz rady! Musisz uda'c sie do Nordhaug'ow po pomoc.

Torbj"orn mial te sama my'sl, ale ja odsuwal od siebie.

Tam wielkie wesele! powiedzial.

Dlatego wla'snie znajdziesz wszelka pomoc! przekonywal Aslak.

Torbj"orn wahal sie. Ale bez pomocy nie m'ogl ani jecha'c dalej, ani wraca'c, wiec najlepsza rzecza bylo podej's'c niewielki kawalek do Nordhaug'ow. Przywiazal tedy konia i ruszyl przodem, ogladajac sie za Aslakiem, kt'ory chwiejnym krokiem wl'okl sie za nim.

Tam u diaska! zawolal Aslak szyderczo. W dobrym towarzystwie powracam na weselisko!

Torbj"orn nie odpowiedzial. Szedl szybko. Aslak zaczal 'spiewa'c:

Dwa parobeczki swarne

Ida se na wesele!

Byla to znana, stara piosenka.

Ale ci spieszno! krzyczal za nim. No no id'z id'z!

Torbj"orn nie odpowiadal wcale. Niedlugo doszly go tony skocznej nuty, a w oknach wielkiego pietrowego budynku ukazaly sie twarze. W podw'orzu ujrzal grupy zywo dyskutujacych go'sci weselnych. Zapewne zastanawiali sie, kto to moze nadchodzi'c. Wkr'otce zorientowal sie, ze go poznano i ze zauwazono na polu jego konia, w'oz i porozrzucane towary. Gromada wytoczyla sie na podw'orze, a muzyka ucichla w chwili, kiedy wkroczyl w obej'scie.

Oto mimowolni go'scie weselni! zawolal Aslak, kt'ory kryl sie za Torbj"ornem, nie ufajac sobie.

Powitano Torbj"orna zyczliwie i wszyscy otoczyli go kolem.

Niech B'og blogoslawi zabawie. Dobre piwo na stole, ladne dziewczeta na sali i wy'smienita muzyka! Wiwat!

Tak wykrzyknal Aslak i wmieszal sie w tlum.

Jedni roze'smiali sie, inni nasrozyli, kto's zauwazyl pogardliwie:

Ta kanalia zawsze ma humor!

Torbj"orn spotkal znajomych i opowiedzial im swa przygode. Nie pozwolono mu i's'c samemu i wyslano ludzi po konia, w'oz i rzeczy. Pan mlody, dawny kolega szkolny, zaprosil go na weselne piwo i weszli obaj do domu. Niekt'orzy zwlaszcza dziewczeta chcieli dalej ta'nczy'c, inni proponowali przerwe dla popicia i namawiali Aslaka, by opowiedzial jaka dykteryjke.

Tylko bad'z ostrozniejszy w wyborze niz poprzednio! dodal kto's.

Wyja'sniono mu, ze przed chwila zaszly pewne nieporozumienia i niekt'orzy go'scie weselni udali sie na spoczynek, inni zn'ow graja w karty na klepisku, a jeszcze inni zabawiaja Knuta Nordhauga.

Spytal, gdzie jest Knut.

Ojciec pana mlodego, stary czlowiek z fajka w zebach siedzacy na lawce i popijajacy piwo, ozwal sie:

No, Aslaku! Powiedz co wesolego, ale nie obra'z zn'ow kogo!

Czy inni takze prosza? spytal Aslak, siadajac na malym stoleczku w pewnym oddaleniu od stolu gl'ownego, gdzie siedziala starszyzna.

Tak jest! powiedzial pan mlody. Ja cie takze prosze!

Czy sa moze jeszcze inne osoby, kt'ore mnie w ten spos'ob prosza? spytal.

Sa! odezwala sie panna mloda siedzaca na bocznej lawie, przystapila do'n i podala mu kubek wina.

Byla mloda, miala moze dwadzie'scia lat, chuda, z duzymi oczami oraz powaznym, surowym niemal wyrazem twarzy.

Mnie dodala z przyciskiem podobaja sie twoje historie, Aslaku.

Pan mlody spojrzal na nia ostro, a ojciec popatrzyl zn'ow na niego.

Tak tak przy'swiadczyl Aslak. Ludzie z Nordhaug zawsze gustowali w moich historyjkach. Za ich zdrowie! krzyknal i wypil kieliszek w'odki, kt'ory mu podal jeden z druzb'ow.

A teraz opowiadaj! domagaly sie liczne glosy.

Opowiedz o Cygance Sygrydzie! zaproponowal jeden.

Nie! oponowal drugi. To do niczego!

Wiec opowiedz o bitwie pod Lier! powiedzial ekstambur Swend.

Nie nie! Co's wesolego! zawolal oparty o 'sciane, wysoki, szczuply mlodzieniec bez kaftana. Jego prawa reka bez ceremonii bawila sie wlosami dw'och dziewczat siedzacych na lawie. Wymy'slaly mu, ale zadna nie ruszyla sie z miejsca.

Opowiem, co mi sie spodoba! o'swiadczyl dumnie Aslak.

Niech cie diabli wezma! zamruczal stary mezczyzna, kt'ory palil fajke, lezac na l'ozku. Jedna jego noga zwisala bezwladnie, a druga kopal zawziecie przewieszony przez porecz l'ozka kaftan owego mlodzie'nca stojacego pod 'sciana.

Daj spok'oj memu kaftanowi! warknal 'ow mlodzieniec.

A ty daj spok'oj moim c'orkom odrzucil stary w odpowiedzi.

Dziewczeta przesiadly sie na inne miejsca.

Tak! Opowiem, co mi sie spodoba! powt'orzyl Aslak W'odka w brzuchu, rozum w glowie! Kto da popi'c, ten sie dowie! wyrecytowal i klasnal w dlonie.

Bedziesz to gadal, co my kazemy powiedzial czlowiek na l'ozku bo w'odka jest nasza!

Aslak otworzyl szeroko oczy.

C'oz to ma niby znaczy'c? spytal.

To znaczy, ze ten, kto tuczy 'swinie, ma prawo ja zaklu'c!

Aslak zamknal oczy, pochylil glowe, opu'scil ja na piersi i milczal.

Odzywano sie do'n, zachecano, ale udawal, ze nie slyszy.

W'odka go dobila! rzekl czlowiek na l'ozku.

Uslyszawszy to Alsak otworzyl oczy i roze'smial sie.

No dobrze! zawolal opowiem wam wesola historyjke, kt'orej nie slyszeli'scie jeszcze! 'Smial sie bezglo'snie oczami i cala twarza.

Dzisiaj jest naprawde w humorze! powiedzial ojciec pana mlodego.

To za darmo! zawolal Aslak i dodal, wyciagajac reke: Ano, jeszcze kieliszek na droge zaraz ruszam z miejsca.

Nalano mu. Wypil powoli, przechylajac kieliszek dnem do g'ory i mlaskajac jezykiem, potem zwr'ocil sie do lezacego na l'ozku i powiedzial z u'smiechem:

Tak! Teraz jestem wasza 'swinia! Roze'smial sie, objal kolana rekami, pokiwal noga, zakolysal cialem i zaczal:

Byla pewnego razu dziewczyna. Zyla w dolinie po'sr'od g'or i las'ow. Nazwa doliny nie ma nic do rzeczy, podobnie jak imie owej dziewczyny. Dziewczyna byla piekna, podobala sie wszystkim, a zwlaszcza gospodarzowi, u kt'orego sluzyla. Dostawala dobre wynagrodzenie dostala nawet wiecej niz chciala, bo oto dostala w podarunku dziecko! Ludzie m'owili, ze winien byl gospodarz, ale on sie do tego nie przyznawal, byl bowiem zonaty, i ona takze tego nie twierdzila, bo byla dumna dumna byla biedaczka! I stalo sie, ze przy chrzcie powiedziala klamstwo. A syn, kt'ory jej sie narodzil, byl to wielki galgan i dlatego od razu z poczatku ochrzczony zostal falszywie.

To mu nie moglo zaszkodzi'c, gdyz byl z g'ory przeznaczony na lajdactwo. Dziewczyna dostala mieszkanie tuz pod osiedlem gospodarza i to, naturalnie, nie moglo sie podoba'c jego zonie. Ile razy ja ujrzala, plula na nia, a gdy malec przychodzil bawi'c sie z jej dzie'cmi, kazala wypedza'c bekarta. Niegodzien byl jak m'owila niczego innego.

Po calych dniach i nocach nalegala na meza, by precz odpedzil biedaczke. Opieral sie dlugo, opieral sie, p'oki byl silny i panowal nad soba. Ale p'o'zniej rozpil sie i rzady w domu objela zona. Od tej chwili zaczelo by'c bardzo 'zle owej dziewczynie, z kazdym rokiem coraz gorzej, tak ze marla po prostu z glodu wraz ze swoim malcem, kt'ory nie chcial opu'sci'c matki.

Mijaly lata, minelo lat osiem, az pewnego dnia musiala dziewczyna wynosi'c sie precz! I wyniosla sie pewnego ranka, ale poprzedniej nocy cale gospodarstwo stanelo w plomieniach. Spalil sie gospodarz, gdyz byl wla'snie pijany, uciekla tylko zona wraz z dzie'cmi i oskarzyla dziewczyne, iz to ona wzniecila pozar. Moze tak bylo moze nie kt'oz to odgadnie? Ale dziwny byl chlopak, syn owej dziewczyny. Przez osiem lat przymieral wraz z matka glodem i wiedzial dobrze, czyja to wina. Matka opowiadala mu nieraz cale swoje zycie, kiedy pytal dlaczego ciagle placze. Powt'orzyla mu to raz jeszcze onej nocy, kiedy miala i's'c precz. Chlopaka nie bylo potem dlugo w domu Dostala sie na cale zycie do wiezienia, gdyz powiedziala sedziemu, ze to ona przez zemste pu'scila z dymem cale osiedle.

Chlopiec pozostal sam, ale ludzie mu pomagali, pomagali z lito'sci, ze mial taka zla matke. Potem udal sie w inna okolice i tam juz ludzie byli dla'n gorsi, bo zapewne nie wiedzieli, ze jego matka byla podpalaczka i jakie bylo jego polozenie Zdaje sie, nie powiedzial im tego. Gdym go widzial po raz ostatni byl pijany i ludzie powiadali, ze oddal sie trunkowi. Czy to prawda, nie wiem, ale m'owiac miedzy nami nie m'ogl uczyni'c nic lepszego. Wierzcie mi pa'nstwo, jest to zly, z gruntu zepsuty chlopak. Nie znosi ludzi, nie chce, by byli dla siebie wzajem dobrzy, a nawet, by dla niego samego byli dobrzy. Pragnie wszystkich uczyni'c takimi, jaki jest sam, ale przyznaje sie do tego w'owczas jedynie, gdy jest pijany. Wtedy takze placze placze bez powodu, a lzy leca jak grad bez powodu bo po c'oz ma plaka'c? Mimo to placze jak w'sciekly placze i placze Gdyby'scie slyszeli ten jego placz 'smialiby'scie sie bo placze tylko z pija'nstwa i nie jest odpowiedzialny za ten placz.

Aslak, doszedlszy do tego miejsca rozplakal sie w glos, przechylil w tyl i spadl ze stolka, ale wnet uspokoil sie zupelnie i zaczal chrapa'c.

Urznal sie jak 'swinia! powiedzial lezacy na l'ozku. Zawsze tak placze, kiedy sie upije.

To szkaradna historia! zawyrokowaly dziewczeta, wstaly i wyszly.

Ile razy opowiada, co sam zechce zauwazyl jaki's starzec, wstajac z lawy zawsze musi co's takiego m'owi'c! Nie moge poja'c, jak ludzie moga slucha'c takich historii dodal i spojrzal na panne mloda.


| Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza tłum. Franciszek Mirandola | c