home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



III

Niebawem rozniosly sie po calej dolinie gluche wie'sci, ale nikt nie wiedzial, jak jest w istocie. Od czasu konfirmacji Synn"owe nie widziano Torbj"orna nigdy w Solbakken. Tylko Ingrid przychodzila tam czesto i razem z Synn"owe odbywaly dalekie spacery po lesie.

Nie bad'z dlugo na przechadzce! upominala Synn"owe matka.

Dobrze! odpowiadala c'orka i wracala dopiero p'o'znym wieczorem.

Dwaj konkurenci zglosili sie ponownie.

Ona musi sama rozstrzygna'c! m'owila matka, a ojciec byl tego samego zdania. Ale gdy wzieto Synn"owe na spytki, dala obu kosza.

Zjawili sie inni, ale nie slyszano, by kt'ory's wr'ocil z Solbakken z dobra wie'scia.

Pewnego dnia, gdy obie myly kadzie na mleko, spytala matka, czy ma juz kogo's upatrzonego.

Synn"owe, zaskoczona tym pytaniem, zaczerwienila sie jak wi'snia.

Czy przyrzekla's komu swa reke? badala matka, wpatrujac sie bystro w c'orke.

Nie! odrzucila Synn"owe szybko.

Kwestii tej nie poruszano od tej pory.

Byla najlepsza partia w calej okolicy, totez 'sledzono ja spojrzeniami, gdy szla na naboze'nstwo lub wracala z ko'sciola. Bywala tylko tam. Rodzice jej nalezeli do sekty Haugego, przeto c'orka nie uczeszczala na zabawy, ta'nce i nie brala udzialu w innych rozrywkach.

Torbj"orn siadywal w ko'sciele w lawce naprzeciwko lawki Synn"owe, ale o ile wiedziano, nie rozmawiali ze soba nigdy. Wszyscy jednak domy'slali sie, ze istnieje pomiedzy nimi jaki's stosunek sercowy, poniewaz za's nie obcowali ze soba tak jak inni zakochani, przeto rozpowiadano sobie r'ozno'sci. Torbj"orna nie lubiano og'olnie. Wiedzial o tym i ta 'swiadomo's'c czynila go jeszcze opryskliwszym, ile razy spotykal sie z innymi mlodymi parobczakami na weselach lub przy ta'ncu. Zdarzaly sie wtedy czesto bijatyki. Ale byl mocny, totez powoli zmniejszala sie liczba przeciwnik'ow i nikt nie mial ochoty pozna'c jego pie'sci. Torbj'orn nie 'scierpialby zadnej przeszkody na swej drodze.

Jeste's teraz dorosly! powiedzial mu raz ojciec. Zyj na swoja reke, pamietaj tylko, ze moja pie's'c silniejsza moze od twojej.

Minely jesie'n i zima, zblizala sie wiosna, a dotad ludzie nie wiedzieli nic pewnego. Szeroka fala rozeszly sie wie'sci o niezliczonych koszach danych przez Synn"owe, totez zostawiono ja w spokoju i konkurenci przestali naplywa'c. Ingrid nie rozlaczala sie z nia. Obie mialy uda'c sie tego roku na hale, bo Guttorm Solbakken zakupil cze's'c hal granlie'nskich. Miano niebawem wygania'c bydlo, a tymczasem Torbj"orn pracowal w g'orach, przysposabiajac koliby[3] lub naprawiajac zagrody.

Pewnego pogodnego wieczora, sko'nczywszy robote, usiadl pod drzewem i pu'scil wodze my'slom. Dumal o tym i owym, a zwlaszcza co ludzie gadali w dolinie. Poczul znuzenie, polozyl sie tedy we wrzosy, zalozywszy rece pod glowe i patrzyl w szafirowa kopule nieba sklepiona nad drzewami. Konary li'sciastych drzew chwialy sie falistym ruchem, a sosny, 'swierki i modrzewie rysowaly sie na tle nieba w fantastycznych ksztaltach. Odslanialo sie ono, gdy wiatr rozchylal galezie. Wszystko bylo w ruchu i to nadalo my'slom Torbj"orna swoisty ton.

Biala brzoza u'smiechala sie do jodly, a sosna patrzyla z przekora i klula ostrymi szpilkami na wszystkie strony. Byla zla, bo w lagodnym klimacie tych okolic coraz to wiecej rozwijalo sie dolinowych niedoleg'ow, kt'ore wznosily swe bujne korony pod sam nos wladczyni g'or.

Co'scie robily w zimie, pytam burczala i chwiala czarnymi gale'zmi. Od kilku tygodni panowal ogromny upal i wielkie krople zywicy jak pot 'sciekaly z jej pnia.

To co's okropnego! mruczala. Tak wysoko na p'olnocy jeszcze musi zawadza'c to talatajstwo!

Opodal stala potezna sosna oszroniala od staro'sci i spogladala na caly las z g'ory. Dlugimi, opuszczonymi gale'zmi mogla wygodnie chwyci'c za czub swawolny klon, kt'ory drzal na sama te my'sl. Ludzie obcinali tej so'snie galezie coraz to wyzej, wiec majac tego do's'c, wystrzelila w g'ore tak, ze jodly przerazily sie i jedna z nich spytala, czy pamieta o burzach zimowych.

Czy pamietam o burzach? wrzasnela i za pomoca wiatru dala takiego klapsa biednej jodle, ze ta stracila zupelnie r'ownowage. A sosna byla potezna, wparla w ziemie tak ogromne stopy, ze w odleglo'sci sze'sciu lokci od pnia sterczaly z gruntu i byly jeszcze grubsze od najgrubszego miejsca w pniu wierzby, kt'ora opowiadala o tym pewnego wieczora chmielowi, obejmujacemu ja milo'snie ramionami. Brodata olbrzymka wiedziala o swej mocy i wysylajac w powietrze jeden konar po drugim, szyderczo m'owila do ludzi:

Teraz mnie obcinajcie, je'sli chcecie!

Nie! Tobie juz nic nie zrobia! powiedzial orzel, znizyl laskawie sw'oj lot, zwinal skrzydla i zaczal czy'sci'c szpony z nikczemnej krwi jagniecej. Trzeba bedzie powiedzie'c mej zonie kr'olowej, by sie tu osiedlila! Ma ona wla'snie znie's'c kilka jaj! dodal jakby zawstydzony i spojrzal na swe nagie nogi. Nasunelo mu sie wida'c wspomnienie owych pierwszych dni wiosny, kiedy wszystko co zyje traci rozum pod wplywem promieni slo'nca. Po chwili jednak podni'osl glowe i spojrzal spod nastroszonych pi'orami brwi ku czarnym skalnym iglicom, gdzie moze krazy znudzona, oslabla i chora z powodu owych jaj kr'olowa zona. Wzbil sie w powietrze i za chwile ujrzala sosna pare kr'olewska zawieszona wysoko w blekicie ponad skalami. Rozmawiali zapewne o swych sprawach domowych. Uczula mimo wszystko pewien niepok'oj. Byla dumna, a nic by tak nie schlebialo jej dumie jak to, by mogla kolysa'c w swej koronie kr'olewska pare. Orly zwr'ocily lot w jej strone i szybowaly prosto ku niej. Widocznie sprawa zostala rozstrzygnieta, gdyz nie m'owiac ni slowa oboje zaczeli znosi'c galezie. Sosna napuszyla sie jeszcze bardziej i w samej rzeczy nikt jej w tym nie m'ogl przeszkadza'c!

W calym lesie powstal szum. Polecialy wie'sci o wysokim honorze, jaki spotkal sosne mocarke.

Opodal stala mala, powabna brzoza i przegladala sie w gladkiej tafli jeziorka, oddana marzeniom o milo'sci male'nkiego srebnoszarego dzwo'nca, kt'ory w poludnie sypial zazwyczaj w jej galeziach. Otaczala go wonia swych pak'ow, zatrzymywala na lepkich listkach komary i r'ozne male owady, by je m'ogl wygodnie schwyta'c, co wiecej, czujac, ze upal sie wzmaga, zbudowala mu w swej koronie cienista altanke. Dzwoniec, widzac tyle dowod'ow przywiazania, zdecydowal sie zamieszka'c tu na cale lato. Naraz orzel osiedlil sie na so'snie i biedny dzwoniec musial ucieka'c. C'oz za strapienie! Dzwoniec wydzwonil jej cichutko pie's'n pozegnania Cichutko, by orzel nie uslyszal, i odlecial.

Nie lepiej dzialo sie kilku wrzaskliwym wr'oblom w krzaku dzikiego tureckiego bzu. Wiodly tam zywot tak grzeszny, ze kos, mieszkajacy w pobliskiej osice, nie mogac spa'c, wymy'slal im od ostatnich. Powazny za's kwiczol zamieszkaly w sasiedztwie 'smial sie z tej zlo'sci tak, ze o malo nie spadl z galezi na ziemie. Wtem ptaki spostrzegly orla na so'snie! I wr'oble, i kos, i szpak, slowem wszystko, co moglo lata'c, ucieklo co predzej na leb na szyje, i to cichaczem, pod gale'zmi drzew. Odlatujacy kos przysiagl uroczy'scie, ze p'oki zycia nie osiedli sie w sasiedztwie wr'oblej holoty.

Opustoszal wiec las wokolo i zesmutnial, mimo ze slo'nce 'swiecilo tak pieknie. Tylko sosna radowala sie, ale c'oz to byla za rado's'c. Lekliwie uginaly sie przed jej gale'zmi wszystkie drzewa, ile razy zawial wiatr z p'olnocy. Jej olbrzymie konary bily w powietrze nie mogac dosiegna'c nikogo, a orzel krazyl wokolo jej korony, skupiony, madry, nie robiac sobie nic z wichury, jakby to byl jeno przyjemny powiew unoszacy w g'ore aromat lasu. Cala rodzina sosen byla teraz w najlepszym humorze. Zadna sosna nie pomy'slala, ze tego roku ani jeden ptaszek nie uwije na niej swego gniazdka.

Z drogi, holoto! wolaly. My jeste'smy czlonkami rodziny odznaczonej przez kr'ola.

O czym dumasz? spytala nagle Ingrid, ukazujac sie w'sr'od gestwy. Stala, trzymajac rozchylone galezie. Torbj"orn podni'osl sie z ziemi.

Tyle rzeczy chodzi czlowiekowi po glowie! odparl i spojrzal wyzywajaco ku szczytom drzew. Ludzie co's za duzo o mnie plotkuja! dodal, otrzepujac swoja kurtke z igliwia.

C'oz cie obchodzi ludzkie gadanie?

No, sam nie wiem. Zreszta nigdy dotad nie gadali nic poza tym, co sam juz przedtem postanowilem cho'cby nie przyszlo nawet do wykonania.

'Zle m'owisz!

Moze 'zle, ale to prawda.

Usiadla w trawie, on stanal przy niej i zapatrzyl sie w dal.

Moge latwo sta'c sie takim, jak chca ludzie, niech mi przeto dadza spok'oj!

Bylaby to jednak twoja wlasna wina!

Mozliwe! Ale ludzie tez sa winni, je'sli czlowiek staje sie zly! Powiadam: chce mie'c raz 'swiety spok'oj! wrzasnal i spojrzal ku orlemu gniazdu.

Co ci sie stalo, Torbj"ornie? spytala.

Obr'ocil sie ku niej i roze'smial sie.

Uspok'oj sie! powiedzial. Tyle rzeczy przychodzi czlowiekowi do glowy! Czy widziala's sie dzi's z Synn"owe?

Tak, juz przybyla na hale.

Dzisiaj?

Tak.

Z bydlem z Solbakken?

Tak!

Tra la la!

Jutro my wypedzamy bydlo! powiedziala, chcac zwr'oci'c uwage brata w inna strone.

Pomoge wypedza'c! rzekl Torbj"orn.

Ojciec pomoze, chce i's'c na hale.

Tak? powiedzial i zamilkl.

Pytal dzisiaj o ciebie! ozwala sie Ingrid.

Doprawdy? rzekl. Wzial gala'z i zaczal ja skroba'c nozykiem.

Powinien by's wiecej rozmawia'c z ojcem! ozwala sie znowu. Ojcu przykro, ze's taki malom'owny!

Mozliwe! zauwazyl.

Czesto o tobie m'owi, gdy cie nie ma.

Ale nie odzywa sie do mnie, gdy jestem.

To twoja wina.

Moze by'c

Nie m'ow tak. Sam dobrze wiesz, co ci zarzuca.

C'oz takiego?

Wszystko jedno. Ty wiesz i ja wiem Ot'oz zarzuca ci, ze gospodarujesz za duzo na wlasna reke, a tego on nie moze 'scierpie'c.

Chcialby mi zwiaza'c rece?

Zwlaszcza w'owczas, kiedy bijesz!

Czy mam pozwoli'c ludziom, by gadali, co chca?

To nie! Ale m'oglby's im troche zej's'c z drogi. Ojciec czynil to zawsze i widzisz, jak go wszyscy szanuja.

Moze nie dreczyli go tak jak mnie?

Ingrid milczala przez chwile, potem obejrzala sie i rzekla:

Nie zda sie na nic m'owi'c o tym! Ale je'sli wiesz, ze spotkasz wrog'ow, to lepiej nie id'z tam, gdzie sa.

Nie! Wla'snie tam by'c musze! Nie darmo jestem Torbj"orn Granlien.

Oskrobal cala gala'z z kory, teraz przecial ja na dwoje. Ingrid spojrzala na'n, a potem rzekla z wahaniem:

Czy p'ojdziesz w niedziele do Nordhaug'ow?

P'ojde.

Zaleglo milczenie. Potem Ingrid, nie patrzac na'n, powiedziala:

Czy wiesz, ze Knut Nordhaug przyjechal na wesele siostry?

Wiem.

Teraz spojrzala na'n surowo.

Torbj"orn, Torbj"orn! zawolala z wyrzutem.

Czy wolno mu teraz bardziej niz przedtem stawa'c miedzy mna a innymi?

On nie staje przynajmniej nie wiecej niz ci inni chca tego!

Nikt nie moze wiedzie'c, czego chca inni!

Ty to wiesz dobrze!

Ona sama przynajmniej nie powiedziala!

O, jakze mozesz tak m'owi'c? zawolala Ingrid, popatrzyla na'n z niechecia, wstala i obejrzala sie wokolo.

On rzucil kawalki galezi, zatknal nozyk za pas i zwr'ocil sie ku niej.

Sluchaj! Czasem czuje zniechecenie do tego wszystkiego! Ludzie obmawiaja i ja, i moze dlatego, ze nic nie dzieje sie jawnie. A z drugiej strony, ja nie bywam nawet w Solbakken, bo ona m'owi, ze rodzice nie moga na mnie patrze'c. Nie moge do niej chodzi'c jak inni chlopcy do swoich dziewczat bo ona jest 'swieta! Tak sie ma rzecz cala!

Torbj"orn! zawolala.

Ale on ciagnal dalej:

Ojciec nie chce wstawi'c sie za mna ani jednym slowem. Je'sli na nia zasluzysz, to bedzie twoja, powiada! Plotki, czyste plotki z jednej strony, a z drugiej za te cala meke nic doslownie nic. Ja nie wiem nawet, czy ona

Szybkim ruchem polozyla Ingrid reke na jego ustach i rozejrzala sie niespokojnie wokolo. W tej chwili rozchylily sie galezie i ukazala sie smukla posta'c. Byla to Synn"owe.

Dobry wiecz'or! powiedziala.

Ingrid spojrzala na Torbj"orna, jakby chciala powiedzie'c: A widzisz.

A on patrzyl na nia, jakby jej wyrzucal: Czemu's mi to zrobila!.

Zadne z nich nie zwr'ocilo oczu na Synn"owe.

Spoczne chwile przy was! powiedziala Synn"owe. Tyle sie dzi's nabiegalam!

Usiadla. Torbj"orn odwr'ocil glowe, jakby chcial zobaczy'c czy tam, gdzie siada, jest sucho i wygodnie. Ingrid spogladala z g'ory ku Granlien i nagle wykrzyknela:

Jezus, Maria! Krasula zerwala sie ze sznura i wlazla prosto w koniczyne! Ach, i druga tez! To co's strasznego. Ostatni czas wypedza'c bydlo na hale.

I zbiegla ze wzg'orza ku zagrodzie, nie zegnajac sie nawet. Synn"owe wstala niezwlocznie.

Odchodzisz? spytal Torbj"orn.

Tak! rzekla i stanela.

Moze zaczekasz chwilke? spytal, nie patrzac na nia.

Kiedy indziej! szepnela.

A kiedyz to nastapi?

Spojrzala na'n i on teraz patrzyl na nia, ale dlugo trwalo, zanim zaczeli m'owi'c.

Siad'z sobie! poprosil z zaklopotaniem.

Nie moge! odrzekla.

Czul, ze wzbiera w nim b'ol, ale nagle ona uczynila co's, czego sie nie spodziewal.

Przystapila do'n, spojrzala mu prosto w oczy i spytala:

Czy sie na mnie gniewasz?

Przypatrzyl jej sie uwaznie i spostrzegl, ze plakala.

Nie! odparl i wyciagnal dlo'n.

Ale oczy jej napelnily sie lzami, przeto nic nie widziala.

Po jakim's czasie cofnal reke.

Slyszala's wszystko?

Tak! odparla i u'smiechnela sie, ale jej oczy byly jeszcze bardziej napelnione lzami niz przedtem.

Nie wiedzial, co m'owi'c, przeto wyrwalo mu sie:

Bylem moze zbyt surowy!

Wyrazil sie bardzo oglednie. Spu'scila oczy i obr'ocila sie bokiem.

Nie sad'z o tym, czego nie znasz! powiedziala lamiacym sie glosem. Bylo mu nieswojo. Czul sie malym, strofowanym chlopcem, przeto, nie wiedzac, co wymy'sli'c lepszego, rzekl:

Przebacz mi!

W tej chwili wybuchla placzem. Nie m'ogl znie's'c tego widoku, przystapil wiec blisko, objal ja ramieniem, pochylil sie ku niej i spytal:

Czy lubisz mnie troche, Synn"owe?

Tak! szepnela, szlochajac.

Ale to ci, widze, sprawia przykro's'c!

Zalkala jeszcze gwaltowniej i chciala sie uwolni'c z obje'c.

Synn"owe! szeptal, przyciagajac ja ku sobie. Polozyla glowe na jego ramieniu i plakala rzewnie.

Czekaj, pom'owmy troche! powiedzial, posadzil ja na trawie i sam usiadl obok niej.

Otarla lzy i pr'obowala sie u'smiecha'c, ale sie jej nie udawalo. Wzial ja za reke i patrzyl w oczy.

Droga Synn"owe pytal powiedz, czemu nie moge przychodzi'c do Solbakken?

Milczala.

Czy nie prosila's rodzic'ow?

Nie odzywala sie.

Czemu's tego nie uczynila? pytal, przyciagajac ja do siebie.

Nie 'smialam powiedziala cicho.

Zachmurzyl sie i oparl glowe na rekach.

W takim razie nigdy sie chyba tam nie pokaze! rzekl z gorycza.

Miast odpowiedzi, zaczela nerwowo wyrywa'c wrzosy.

To prawda zaczal ze dopu'scilem sie niejednego, co moze nie wypada Ale my'sle, ze winna's sadzi'c mnie poblazliwiej! Nie jestem zly tu zrobil przerwe jestem przy tym mlody mam zaledwie dwadzie'scia lat

Platal sie i nie m'ogl m'owi'c dalej.

Poslyszal jej przyciszony glos:

Nie m'ow tak. Nie wiesz, ile nie chce o tym nawet Ingrid wspomina'c

I znowu zaczela gorzko plaka'c. Przytulil ja do siebie.

Pom'ow tylko z rodzicami! rzekl. Pom'ow, zobaczysz, wszystko bedzie dobrze!

Wszystko zalezy od ciebie! powiedziala.

Ode mnie?

Obr'ocila sie ku niemu i zarzucila mu rece na szyje.

Gdyby's mnie kochal, jak ja ciebie powiedziala i spojrzala na'n serdecznie, i u'smiechnela sie przez lzy.

Czy ja cie kocham? szepnal goraco.

O, nie chcesz mnie uslucha'c! Wiesz dobrze, co by nas polaczylo, ale nie chcesz tego uczyni'c Powiedz, dlaczego? Zaczela m'owi'c zywo. Boze drogi! Nie wiesz, jak ciesze sie na ten dzie'n, kiedy cie ujrze w Solbakken! Ale ciagle dowiaduje sie o r'oznych takich rzeczach o takich, kt'ore to czynia niepodobie'nstwem I musze sie o tym dowiadywa'c od wlasnych rodzic'ow!

Nagle zrozumial wszystko.

Pojal teraz wyra'znie, ze Synn"owe wyczekuje z upragnieniem tej chwili, w kt'orej by mogla pokaza'c sie z nim razem, przed rodzicami To on on sam pozbawiaja tego!

Czemuz nie powiedziala's mi tego nigdy otwarcie?

Jak to? M'owilam tyle razy!

Nie rozumialem nie pojalem tak jak dzisiaj.

Zamy'slila sie, a potem powiedziala, ukladajac w drobne faldy rozek fartuszka:

Moze dlatego, ze nie 'smialam

Na my'sl, ze moze sie go ba'c, uczul rozrzewnienie i po raz pierwszy w zyciu pocalowal ja w usta.

Zmienila sie nagle. Przestala plaka'c, spojrzenie jej stalo sie niepewne, chciala sie u'smiechna'c, patrzyla to w dal przed siebie, to na niego, i milczala. On milczal takze, rece ich spotkaly sie same, ale nie zlaczyly sie u'sciskiem. Oboje byli onie'smieleni. Cofnela reke, otarla lzy i poprawila wlosy nieco potargane, a on patrzyl na nia i my'slal sobie:

Jest boja'zliwsza od innych dziewczat w calej dolinie i chce, by sie z nia inaczej obchodzi'c! Niechze tak bedzie!

Odprowadzil ja az do samej koliby na hali. Pragnal ja raz jeszcze przytuli'c do piersi, lecz o dziwo! nie 'smial jej dotkna'c i wydawalo mu sie istnym cudem, ze mu wolno kroczy'c obok niej.

Na pozegnanie powiedzial:

Dlugo ludzie poczekaja, nim beda mogli o mnie powiedzie'c co's zlego!




W domu zastal ojca noszacego worki zboza ze spichrza do mlyna. Sasiedzi zwozili swe zboze do Granlien i tam je mielono, cho'cby bowiem wyschly wszystkie potoki g'orskie, potok plynacy przez jego grunta mial zawsze wody pod dostatkiem.

Duzo bylo tych work'ow. Niekt'ore mialy 'srednie rozmiary, ale wiekszo's'c to prawdziwe olbrzymy. Kobiety staly obok nad strumieniem i wyzymaly uprana bielizne. Torbj"orn zblizyl sie do ojca i chwycil worek.

Czy mam pom'oc? spytal.

Dam sobie sam rade! odrzekl S"amund, zarzucil zrecznie w'or na plecy i poszedl ra'zno ku mlynowi.

Tak duzo tego! zauwazyl Torbj"orn, pochwycil od razu dwa wory, oparl sie o nie plecami, siegnal przez ramiona, wparl lokcie w boki i podni'osl lekko ciezar. W p'ol drogi spotkal ojca wracajacego po nowy w'or. Stary rzucil okiem, na syna, ale nie rzekl nic. Gdy Torbj"orn wracal ze spichlerza, spotkal ojca d'zwigajacego na plecach dwa ogromne wory, duzo wieksze od tych, kt'ore on ni'osl. Zostal wiec pobity. Gdy zetkneli sie przed spichrzem, rzekl S"amund:

Byl tu poslaniec z Nordhaug! Zapraszaja cie na wesele w niedziele!

Ingrid podniosla oczy znad roboty i spojrzala na brata proszaco. To samo uczynila matka.

Hm tak? odrzekl Torbj"orn sucho i pochwycil dwa najwieksze z pozostalych wor'ow.

Czy p'ojdziesz? spytal S"amund ponuro.

Nie! odrzucil Torbj"orn.


| Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza tłum. Franciszek Mirandola | c