home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



II

W my'slach i uczuciach chlopca szczeg'olnie wybitna pozycje zajmuje ko'sci'ol. Jest to miejsce 'swiete, chronione przed zgielkiem 'swiata podniosla cisza otaczajacego je cmentarza, a wewnatrz tryskajace zywym naboze'nstwem. Jest to jedyny budynek w calej dolinie odznaczajacy sie przepychem, a jego wieza ma dlatego zasieg znacznie szerszy, nizby sie moglo wydawa'c. Juz z dala dzwony witaja chlopa idacego droga w pogodny ranek niedzielny, a przy ich d'zwiekach zdejmuje on zawsze kapelusz, jak gdyby chcial powiedzie'c: Dziekuje za wszystko!. Miedzy chlopem a tymi d'zwiekami istnieje jaki's zwiazek, kt'orego tajemnice trudno zglebi'c.

Juz jako male dziecko, stojac w otwartych drzwiach chaty, wchlanial je z naboze'nstwem, a w dole wierni ciagneli cicho droga. Ojciec dolaczal do nich, on jednak byl jeszcze za maly. W duszy dziecka powstawaly najrozmaitsze obrazy pod wplywem ciezkich, silnych uderze'n dzwon'ow, kt'ore rozbrzmiewaly wladczo w'sr'od g'or przez cala godzine lub i dluzej jeszcze, a echo wt'orowalo im po obu stronach doliny. Jeden wszakze obraz laczyl sie nierozdzielnie z ich tonami: czyste, piekne stroje, konie wyczyszczone jak najstaranniej, w blyszczacych szorach[2].

A kiedy nadejdzie owa niedziela, gdy on sam w nowiute'nkim, moze cokolwiek zbyt obszernym dla niego ubraniu kroczy'c bedzie dumnie przy boku ojca, idac po raz pierwszy do ko'sciola, dzwony rozdzwonia sie rado'snie nad jego szcze'sciem, rado's'c beda glosi'c naokolo. Roztworza one przed jego oczyma podwoje na wszystko, co ma ujrze'c. A gdy bedzie wracal z glowa ciezka jeszcze i rozkolysana przez 'spiewy, naboze'nstwo, kazanie, pelna przezywanych r'ownocze'snie wraze'n wzrokowych, jak obraz w oltarzu, stroje, osoby, wtedy d'zwieki dzwon'ow utworza sklepienie nad calo'scia wraze'n i u'swieca ten ko'sci'ol, kt'ory na stale zajmie miejsce w jego sercu.

Podr'oslszy cokolwiek bedzie musial p'oj's'c z bydlem w g'ory. I gdy w ra'zny, spowity oparami mgiel ranek niedzielny siedzie'c bedzie na skale, dajac baczenie na inwentarz, i uslyszy d'zwieki dzwon'ow ko'scielnych zagluszajacych porykiwanie zwierzat, ogarnie go smetek. Przeciez te d'zwieki przynosza mu z doliny co's bardzo milego, lekkiego, wabiacego my'sl o znajomych sprzed ko'sciola, rado's'c z pobytu w'sr'od nich, wieksza jeszcze, nizby sie tam bylo samemu, zapach niedzielnego obiadu w domu, widok matki, ojca, rodze'nstwa, wspomnienie wesolej zabawy w spokojny wiecz'or niedzielny biedne serce zbuntuje sie w piersi. Bo tu nic z tego wszystkiego tylko d'zwieki dzwon'ow ko'scielnych! Zbierze wiec swe my'sli i przypomni sobie jaki's urywek pie'sni naboznej. Za'spiewa ja ze zlozonymi rekoma, ze wzrokiem zwr'oconym ku dolinie, odm'owi potem kr'otka modlitwe i zerwie sie z miejsca, i zadmie rado'snie w swa drewniana trabe pastusza, az echo odezwie sie po skalach.

Tu, w tych cichych g'orskich dolinach ko'sci'ol posiada jeszcze dla kazdego wieku swa szczeg'olna wymowe, wlasny sw'oj wyglad dla kazdego oka. Wiele m'ogl byl on zbudowa'c do pewnego czasu, lecz p'o'zniej nic juz wiecej. Dla mlodziezy po konfirmacji stoi on wyko'nczony, dorosly. Stoi z palcem na poly grozacym, na poly przywolujacym skierowanym ku mlodzie'ncowi, kt'ory wybral juz swoja droge zycia, stoi silny, o szerokich barach wobec trosk mezczyzny, lagodny i go'scinnie przywolujacy wobec strudzonego starca. Chrzest niemowlat odbywa sie podczas naboze'nstwa a wiadomo, ze w czasie tej ceremonii nastepuje najsilniejsze skupienie w modlach.

Torbj"orn wyczekiwal swej pierwszej wyprawy do ko'sciola z wielka rado'scia, ciekaw tego wszystkiego, co mial zobaczy'c. Przed wej'sciem do 'swiatyni rozkoszowal sie bajeczna kolorowo'scia tlumu, a znalazlszy sie w ko'sciele, odczul powazne skupienie, w kt'orym cala gmina czekala na rozpoczecie naboze'nstwa. Zapomnial wprawdzie, ze przy odczytywaniu modlitwy wstepnej nalezy pochyli'c glowe, lecz na widok setek pochylonych postaci i jego dusza ukorzyla sie przed bozym majestatem. Zabrzmiala pie's'n, wszyscy wok'ol niego 'spiewali psalm. Przejelo to chlopca niemal lekkim drzeniem. Siedzial w glebokiej zadumie drgnal nagle, jakby zbudzony ze snu, gdy kto's, wchodzac do ich lawki, cicho otworzyl drzwiczki. 'Spiew zamilkl, a ojciec, podajac przybyszowi reke na powitanie, zapytal szeptem:

W Solbakken wszystko w porzadku?

Torbj"orn otworzyl szeroko oczy. Ale chociaz dlugo przygladal sie przybylemu, nie m'ogl w zaden spos'ob dopatrzy'c sie w nim niczego, co by mialo co's wsp'olnego z czarami. Byl to mezczyzna dobroduszny, u'smiechniety, jasnowlosy, o duzych niebieskich oczach i wysokim czole. Gdy do'n m'owiono, u'smiechal sie i na wszystko, co m'owil S"amund, odpowiadal: tak tak tak. Byl widocznie malom'owny z natury.

Popatrz rzekl ojciec tam siedzi Synn"owe!

Pochylil sie, posadzil go sobie na kolanach i wskazal na przeciwlegla lawke przeznaczona dla kobiet.

Kleczala tam na siedzeniu mala dziewczynka i oparta opulpit rozgladala sie po ko'sciele. Miala wlosy bardzo jasne, konopiaste, duzo ja'sniejsze niz 'ow jegomo's'c siedzacy obok ojca. Z malego czepeczka powiewaly czerwone wstazki. 'Smiala sie do'n wesolo, tak ze przez dobra chwile nie m'ogl odwr'oci'c uwagi od jej drobnych, bialych zabk'ow. W jednej rece trzymala pieknie w sk'ore oprawny 'spiewnik, w drugiej zlozona jasnoczerwona jedwabna chusteczke. Bawila sie, uderzajac nia po ksiazce.

Im dluzej patrzyl, tym wiecej sie u'smiechala. Po chwili uklakl na lawce tak jak ona. W'owczas kiwnela mu glowa. Przez moment patrzyl na nia z powaga, potem skinal r'owniez glowa. Roze'smiala sie i odpowiedziala nowym uklonem. I tak kiwali glowami. Po chwili Synn"owe zaprzestala tej zabawy, a dopiero potem, gdy i on przestal kiwa'c glowa, rozpoczela ja na nowo.

Teraz ja chce zobaczy'c!

Torbj"orn poslyszal jaki's glos za soba i uczul, ze go kto's 'sciaga za nogi. Omalze nie zlecial z lawki. Sprawca byl niewielki, silny wyrostek, kt'ory teraz meznie wdrapywal sie na jego miejsce. Mial r'owniez jasne, zmierzwione wlosy i kr'otki, perkaty nos.

Aslak nauczyl Torbj"orna, jak nalezy traktowa'c zlych malc'ow zar'owno w szkole, jak i w ko'sciele, gdy przyjdzie do konfliktu. Przeto Torbj"orn uszczypnal dotkliwie intruza w po'sladek. Ten omal nie wrzasnal, ale przezwyciezyl b'ol, po'spiesznie zlazl z lawki i chwycil Torbj"orna za uszy. Torbj"orn wbil obie rece w jego wlosy i cisnal go o ziemie. Malec nie krzyknal, tylko milczkiem ugryzl go w lydke. Torbj"orn cofnal noge i z calej sily przydusil twarz przeciwnika do podlogi. W tej chwili jednak poczul, ze go ojciec chwyta za kolnierz i podnosi w g'ore niby worek z owsem. Po chwili siedzial zn'ow na jego kolanach.

Gdyby nie to, ze jeste'smy w ko'sciele powiedzial do'n dostalby's lanie!

Jednocze'snie 'scisnal mu reke, ze Torbj"orn omal nie krzyknal z b'olu.

Przypomnial sobie o Synn"owe i spojrzal w jej strone. Kleczala jeszcze, ale byla przerazona i zmieszana. Wywnioskowal z tego, ze musial uczyni'c co's bardzo brzydkiego. Gdy zauwazyla, ze na nia patrzy, zeszla z lawki i nie pokazala sie wcale.

Wtem zjawil sie zakrystian i pastor.

Torbj"orn przypatrywal im sie uwaznie. I znowu przyszedl zakrystian a za nim pastor On siedzial na kolanach ojca i my'slal:

Czy ona sie jeszcze pokaze?

Malec, kt'ory go 'sciagnal z lawki, siedzial na malym stoleczku na drugim ko'ncu stalli i ile razy chcial wsta'c, dostawal w plecy kulakiem od starego jegomo'scia, kt'ory drzemal smacznie, ale budzil sie zawsze w pore, by zatrzyma'c malca na miejscu.

Czy ona sie wnet pokaze? dumal Torbj"orn.

Kazda czerwona wstazka, jaka ujrzal w poblizu, przywodzila mu na my'sl te, kt'ora ona byla przybrana, kazdy pieknie malowany obraz wydal mu sie podobny do Synn"owe, tylko postacie byly nieco mniejsze od niej.

Ach! zauwazyl z rado'scia. Oto wychyla gl'owke! Ale zaledwie go spostrzegla, przybrala surowa mine i schowala sie.

Znowu ukazali sie zakrystian i pastor, dzwony zaczely dzwoni'c, a wierni powstali z miejsc.

Ojciec powiedzial co's z cicha do jegomo'scia o jasnych wlosach i obaj odeszli do lawki przeciwleglej, w kt'orej kobiety r'owniez powstaly.

Pierwsza wyszla jasnowlosa kobieta. U'smiechala sie podobnie jak 'ow jegomo's'c, tylko mniej wesolo. Byla mala, blada. Prowadzila za reke Synn"owe. Torbj"orn zblizyl sie zaraz do niej, ale ona odsunela sie szybko i skryla gl'owke w faldach matczynej sp'odnicy.

Id'z sobie! powiedziala.

Ten chlopczyna ozwala sie kobieta nie byl dotad jeszcze w ko'sciele?

Polozyla mu dlo'n na glowie.

Jest dzi's po raz pierwszy odparl S"amund i dlatego rozpoczal b'ojke.

Torbj"orn spojrzal zawstydzony na owa kobiete, a potem na Synn"owe, kt'ora wydala mu sie teraz jeszcze powazniejsza.

Wyszli razem. Rodzice zatopili sie w rozmowie, a Torbj"orn szedl zaraz za Synn"owe, kt'ora za kazdym zblizeniem czepiala sie trwoznie sukni matki. Tamtego chlopca stracil zupelnie z oczu. Przed ko'sciolem starsi rozgadali sie na dobre. Torbj"orn uslyszal pare razy imie Aslaka, a bojac sie, by przy tej sposobno'sci nie wspomniano takze o nim, odsunal sie na bok.

To nie dla ciebie! powiedziala matka do Synn"owe.

Odejd'z troche od nas, moje dziecko m'owie ci, oddal sie

Synn"owe odeszla z wahaniem kilka krok'ow.

Torbj"orn zblizyl sie teraz do niej. Stali przez chwile naprzeciw siebie i ogladali sie wzajemnie. Na koniec powiedziala Synn"owe:

Pfe!

Czemuz m'owisz pfe? zdziwil sie.

Pfe! powt'orzyla z uporem. Pfe! Wstyd'z sie!

C'oz takiego zrobilem? zapytal.

Bile's sie w ko'sciele i to podczas modlitwy pfe!

Tak ale to juz bardzo dawno!

To ja przekonalo i spytala po chwili.

Czy ty nazywasz sie Torbj"orn Granlien?

Tak! A ty Synn"owe Solbakken?

Tak. Slyszalam zawsze, ze jeste's taki grzeczny!

Nie! To nieprawda! odparl. Jestem najgorszy ze wszystkich w calym domu!

Ach! Kt'oz tak m'owi! Tego jeszcze nie slyszalam! zawolala Synn"owe, uderzajac w zdumieniu chustka w ksiazke Mamo! Mamo on powiada

Dajze mi spok'oj i odejd'z odrzekla matka. Zatrzymala sie, a potem wr'ocila do Torbj"orna, nie spuszczajac z matki wielkich, niebieskich oczu.

Slyszalem ozwal sie Torbj"orn ze ty jeste's zawsze grzeczna.

Tak czasem Tak m'owia, gdy sie pilnie ucze! odparla.

Czy to prawda, ze u was pelno krasnoludk'ow, czarownic i innych zlych duch'ow? zapytal, biorac sie pod boki. Wysunal jedna noge i przybral mine wyzywajaca, zupelnie jak Aslak.

Mamo mamo! Wiesz, co on m'owil! On powiada

Daj mi spok'oj rozumiesz? I nie zblizaj sie, az cie nie zawolam.

Musiala znowu cofna'c sie. Szla z wolna wstecz, gryzac chusteczke i szarpiac ja w zebach.

Czy to prawda, ze u was w krzakach nad stawem co noc slycha'c muzyke? pytal Torbj"orn.

Nieprawda!

Czy's nigdy nie widziala krasnoludka?

Nie!

Alez na milo's'c boska!

Pfe! Nie m'ow tak!

O c'oz to szkodzi! zawolal i splunal silnie przez zeby, chcac jej pokaza'c, jak daleko plu'c potrafi.

Tak tak strzez sie! zauwazyla. Inaczej p'ojdziesz prosto do piekla.

Tak my'slisz? spytal pokorniejszym glosem. Zawsze sadzil, ze co najwyzej moze za to dosta'c bicie, a w tej chwili ojciec stal dosy'c daleko.

Kto jest u was w domu najsilniejszy? spytal i nasunal czapke na jedno ucho.

Nie wiem odrzekla Synn"owe z zaklopotaniem.

U nas najmocniejszy jest ojciec. Jest tak silny, ze spral nawet Aslaka, a Aslak jest silny zareczam ci!

Tak?

Oo, naturalnie! Pewnego razu podni'osl w jednej rece konia!

Tak to prawda! Sam to m'owil.

Oczywi'scie i ona uwierzyla natychmiast.

Kt'oz to jest Aslak? spytala.

To zly chlopak! Powiadam ci, ojciec tak go spral, jak dotad nie zbito jeszcze nikogo na calym 'swiecie!

Wiec wy sie ciagle bijecie?

Czasem A wy nie bijecie sie nigdy w Solbakken?

Nie, nigdy!

A c'oz robicie w takim razie? spytal zdziwiony.

Matka gotuje, robi po'nczochy i szyje. To samo czyni Karin, ale nie tak dobrze jak mama, bo jest leniwa. Randi zajmuje sie kuchnia, ojciec i parobcy pracuja w polu albo takze w domu.

Torbj"orn byl zupelnie zadowolony z tego, co uslyszal.

A wieczorami m'owila dalej czytamy i 'spiewamy. To samo robimy kazdej niedzieli.

Wszyscy razem?

Tak!

To musi by'c bardzo nudne! zauwazyl.

Nudne? Mamo on powiada

Ale przypomniala sobie, ze nie wolno przeszkadza'c matce.

Mam bardzo duzo owiec! powiedziala, zwracajac sie do niego.

Bardzo duzo? zdziwil sie.

Tak! A trzy z nich tej zimy sa kotne. Jedna nawet, pewna jestem, bedzie miala dwojaczki.

Masz wiec owce?

Tak! I krowy, i prosieta! A ty nie masz?

Nie!

Przyjd'z do mnie! Dam ci owieczke. A z niej potem dochowasz sie bardzo duzo owiec.

To byloby bardzo dobrze! zauwazyl.

Milczeli przez chwile. Potem on spytal:

Czy Ingrid moglaby takze dosta'c owce?

Kt'oz to jest Ingrid?

Ingrid! Mala Ingrid.

Nie znala jej.

Czy ona jest mniejsza od ciebie?

Naturalnie! Jest taka jak ty!

O, to przyprowad'z ja ze soba! Slyszysz?

Zapewnil, ze to uczyni niewatpliwie.

Dobrze! powiedziala. Ty dostaniesz owce, a ona prosie!

Uznal, ze bylo to bardzo madrze pomy'slane. Potem zaczeli sobie opowiada'c o znajomych, kt'orych zreszta mieli niewielu. Rodzice sko'nczyli tymczasem rozmowe. Ruszono w droge do domu.

Tej nocy Torbj"orn 'snil o Solbakken. Widzial mn'ostwo bialych owiec, a po'sr'od nich dziewczynke z czerwonymi wstazkami na glowie. Wraz z Ingrid rozprawiali teraz po calych dniach o spodziewanych odwiedzinach i marzyli o owcach i prosietach, kt'orych namnozylo sie tyle, ze nie wiedzieli, co z nimi pocza'c. Dziwowali sie bardzo, ze nie pozwolono im ruszy'c zaraz do Solbakken.

Jak to? Macie i's'c dlatego, ze ta mala was zaprosila? Czy kto slyszal co's podobnego?

Czekaj! Czekaj do niedzieli! pocieszal Torbj"orn siostre. Ja to juz urzadze!

I nadeszla niedziela.

Podobno straszny z ciebie pyszalek, klamca i klniesz co drugie slowo! powiedziala mu Synn"owe. Nie bedziesz m'ogl dosta'c pozwolenia na przyj'scie, zanim sie od tego nie odzwyczaisz!

Kt'oz to powiedzial? spytal zdumiony.

Mama!

Ingrid wyczekiwala jego powrotu z niecierpliwo'scia. Gdy jej oraz matce opowiedzial co zaszlo, matka rzekla:

A widzisz!

Ingrid nie ozwala sie slowem, ale od tej chwili pilnowaly go obie wraz z matka, by sie nie przechwalal i nie klal. Pewnego dnia doszlo miedzy nim a siostra do starcia z powodu kwestii czy wyrazenie psiako's'c! jest klatwa, czy nie! Ingrid dostala w sk'ore, a on przez caly dzie'n powtarzal:

Psiako's'c psiako's'c

Uslyszal to wieczorem ojciec.

Masz psiako's'c! krzyknal i uderzyl go tak, ze padl na ziemie.

Torbj"orn zawstydzil sie bardzo, gdyz stalo sie to w obecno'sci siostry. Ale po chwili Ingrid zblizyla sie i poglaskala go po twarzy.

Dopiero po kilku miesiacach udali sie oboje do Solbakken. Potem przyszla do nich Synn"owe, a oni oddali jej wizyte i tak odwiedzali sie ciagle wzajemnie, az wyro'sli.

Torbj"orn i Synn"owe rywalizowali ze soba w nauce. Uczeszczali do tej samej szkoly, a Torbj"orn czynil takie postepy, ze zajal sie nim sam pastor. Ingrid nie mogla nadazy'c i brat wraz z Synn"owe musieli jej pomaga'c. Nie rozlaczaly sie obie, tak ze zwano je turkaweczkami, bo zawsze byly razem i mialy takie same jasne wlosy.

Od czasu do czasu gniewala sie Synn"owe na Torbj"orna z powodu jego sklonno'sci do bijatyki. Ale Ingrid obejmowala role po'sredniczki i godzila ich, tak ze na nowo stawali sie dobrymi przyjaci'olmi. Za to gdy matka Synn"owe dowiedziala sie o takiej b'ojce, ostro zabraniala mu przybywa'c do Solbakken przez caly tydzie'n, a w nastepnym z wielkim jeno trudem m'ogl uzyska'c przebaczenie.

S"amundowi nie wolno bylo nawet wspomina'c o przekroczeniu syna.

Obchodzi sie on z chlopcem zbyt surowo! biadala i nakazywala wszystkim milczenie.

Wyro'sli wszyscy troje i byli piekni i dorodni, kazde w swoim rodzaju. Synn"owe byla 'smigla, wysoka i gibka. Zachowala swe jasne wlosy, 'sliczna buzie i niebieskie oczy. U'smiechala sie w rozmowie do kazdego, a ludzie m'owili, ze u'smiech jej to prawdziwe blogoslawie'nstwo boze. Ingrid byla nizsza i bardziej przysadzista, buzie miala mila o miekkich rysach i jasne, faliste wlosy. Torbj"orn byl 'sredniego wzrostu, silny i piekny. Wlosy mial ciemne i ciemnoszafirowe oczy, ostre rysy twarzy i silne czlonki. Ile razy wpadal w zlo's'c, twierdzil, ze umie tyle co nauczyciel i nie boi sie zadnego czlowieka w calej dolinie z wyjatkiem ojca dodawal w my'sli, ale nie m'owil tego glo'sno.

Torbj"orn chcial przystapi'c wcze'snie do pierwszej komunii, ale to spelzlo na niczym.

Dop'oki jeszcze jeste's uczniakiem i smarkaczem rzekl ojciec predzej sobie moge z toba da'c rade!

Stalo sie tedy, ze Torbj"orn udal sie do pastora razem z Synn"owe i Ingrid. Synn"owe takze dlugo czekala na konfirmacje, rozpoczela bowiem szesnasty rok zycia.

Nigdy nie mozna by'c do's'c dobrze przygotowana do nalezytego zlozenia wyznania swej wiary! powiedziala matka, a Guttorm Solbakken dal na to swe zatwierdzenie.

Totez sprawa przeciagala sie tak dlugo, az zjawili sie w Solbakken konkurenci. Jeden syn pewnego dostojnika, drugi bogaty sasiad.

To za wcze'snie! twierdzila matka. Wszakze nie jest jeszcze konfirmowana!

No, to chod'zmy do pastora! o'swiadczyl Guttorm.

Ale sama Synn"owe nie wiedziala nic o konkurach. Kobiety z plebanii bardzo ja lubily i zapraszaly czesto na pogadanke. Torbj"orn i Ingrid nie byli tam dopuszczani i gdy pewnego razu kt'ory's z wyrostk'ow zauwazyl:

Czemu sie nie bierzesz do rzeczy! Inny ci ja porwie sprzed nosa! niefortunny doradca mial za chwile podbite oko. Weszlo w zwyczaj, ze prze'sladowano Torbj"orna wzmiankami o Synn"owe, a to doprowadzalo go zawsze do szalonej pasji.

Skutkiem tych przycink'ow doszlo raz do wielkiej, z g'ory ulozonej bijatyki w lasku przylegajacym do plebanii. Liczba tych, z kt'orymi Torbj"orn mial walczy'c, wzrastala ciagle, tak ze w ko'ncu mial cala falange przeciw sobie. Dziewczeta, kt'ore by mogly interweniowa'c, wyruszyly do domu, dla Torbj"orna sprawa przedstawiala sie wcale niewesolo. Nie chcial sie podda'c, przeciwnicy nastawali coraz to ostrzej, bronil sie przeto i w'owczas padl niejeden cios 'swiadczacy potem dlugo o tym co zaszlo. Rozniosla sie tez wie's'c, co dalo pow'od do utarczki, i w calej dolinie zawrzalo.

Nastepnej niedzieli nie chcial i's'c Torbj"orn do ko'sciola, a gdy miano znowu p'oj's'c do pastora, udal, ze jest chory. Ingrid poszla sama. Gdy wr'ocila, spytal Torbj"orn, co m'owila Synn"owe.

Nic! odrzekla Ingrid.

Gdy wreszcie poszedl z siostra do pastora, wydawalo mu sie, ze wszyscy na'n patrza, a konfirmanci 'smieja sie ze'n po cichu. Synn"owe przybyla tego dnia p'o'zniej i dlugo przebywala na plebanii. Obawial sie wyrzut'ow ze strony pastora, zauwazyl jednak niebawem, ze pastor i ojciec jego byli jedynymi w calej dolinie, kt'orzy nic o bijatyce nie wiedzieli. Tedy sprawy staly dobrze, lamal sobie tylko nad tym glowe, jak zdola porozumie'c sie z Synn"owe. Po raz pierwszy nie 'smial prosi'c Ingrid o po'srednictwo. Po sko'nczeniu nauki udala sie Synn"owe z powrotem na plebanie. Czekal, p'oki inni byli w podw'orzu, ale wreszcie musial p'oj's'c. Ingrid odeszla juz dawno do domu.

Nastepnego dnia Synn"owe przyszla pierwsza i przechadzala sie z jedna z mlodych panien z plebanii i jakim's pankiem po ogrodzie. Panna wykopala z ziemi kilka kwiatk'ow i dala je Synn"owe, a mlodzieniec pomagal. Torbj"orn za's stal po'sr'od innych i nasluchiwal. Tlumaczono Synn"owe tak glo'sno, ze slyszal kazde slowo, jak nalezy zasadzi'c owe kwiaty, a Synn"owe obiecala, ze uczyni to sama jak najdokladniej podlug przepisu.

Sama nie potrafisz! zauwazyl mlodzieniec, a Torbj"orn zapamietal to sobie.

Gdy Synn"owe zn'ow polaczyla sie z reszta zebranych, okazywali jej jeszcze wiecej wzgled'ow niz zazwyczaj. Ale ona zblizyla sie do Ingrid, wziela ja na bok, usiadly na lawce i zaczely rozmawia'c. Dawno juz nie nagadaly sie ze soba porzadnie. Torbj"orn stal z daleka i patrzyl na piekne, zagraniczne kwiaty Synn"owe.

Tego dnia Synn"owe wracala razem z innymi do domu.

Czy moge odnie's'c ci kwiatki? spytal Torbj"orn.

Dobrze, prosze! odparla przyja'znie, nie patrzac na'n jednak.

Chwycila Ingrid pod reke i poszly przodem. W poblizu Solbakken przystanela i pozegnala sie z Ingrid.

Ten maly kawalek, jaki mam do domu, zaniose sobie kwiaty sama! powiedziala, zabierajac koszyk, kt'ory Torbj"orn postawil na ziemi.

Przez cala droge zamierzal prosi'c, by mu pozwolila zasadzi'c kwiaty. Ale nie m'ogl zdoby'c sie na to, a tymczasem ona odwr'ocila sie szybko i odeszla. Nie m'ogl teraz my'sle'c o niczym innym, jak tylko o owym sadzeniu kwiat'ow.

O czym rozmawialy'scie? spytal siostre, gdy wr'ocili do domu.

O niczym waznym! odparla.

Gdy juz wszyscy spali, Torbj"orn ubral sie i wy'sliznal po cichu z domu. Byla piekna, spokojna, ciepla noc. Chmury na niebie spietrzaly sie fantastycznie, a w przerwach miedzy nimi widnial ciemny granat usiany gwiazdami. Wydawalo sie, ze przez owe przerwy spoglada kto's na ziemie jakby przez okna.

Wokolo bylo pusto, nie spotkal zywej duszy. Tylko koniki polne 'cwierkaly. Odezwala sie czasem z prawej strony drogi przepi'orka, odpowiedziala jej druga z lewej i znowu 'cwierkaly koniki. Torbj"ornowi wydawalo sie, ze kroczy za nim jaka's 'swita 'spiewak'ow, chociaz nie bylo nikogo. Las rysowal sie sina linia, ciemniejaca im bardziej w g'ore sie wspinal, a wierzcholki drzew tonely w bialej mgle. Z glebi lasu dochodzil bulgot zapamietalego cietrzewia kl'ocacego sie ze soba samym i przera'zliwy powrzask sowy. Szumial tez gdzie's w dali wodospad, kt'ory dzisiaj wla'snie roztetnil sie glo'sniej niz zawsze. Zdawalo sie, ze zbudzil sie, by podpatrywa'c, co Torbj"orn robi tutaj po nocy. Chlopak zboczyl ze zwyklej drogi, ruszyl na przelaj przez pola i znalazl sie niebawem w malym ogr'odku Synn"owe, tuz przy oknie piwnicznym. Nad nim znajdowalo sie okno sypialni Synn"owe. Stanal, rozejrzal sie wokolo i zaczal nasluchiwa'c. Ale wok'ol bylo pusto i cicho. Potem wyszukal narzedzia ogrodnicze, rydel i grabie. Jedna grzadka byla przekopana, ale uko'nczono ledwo maly kawalek. Tkwily w tym kawalku dwa kwiatki. Widocznie Synn"owe spr'obowala, jak beda wygladaly.

Biedactwo, zmeczylo sie pomy'slal i zaprzestalo roboty. To praca dla mezczyzny!

Wzial sie energicznie do dziela. Nie czul najmniejszej checi do snu i nigdy zadna praca nie wydala mu sie tak latwa. Przypomnial sobie najdokladniej przepis, jak kwiatki maja by'c sadzone, przed oczyma stanal mu ogr'od plebana i wszystko zrobil, jak tam bylo.

Noc mijala szybko, ale nie spostrzegl tego wcale. Nie odpoczywajac niemal, przekopal cala grzadke, zasadzil kwiatki jeden po drugim, zmieniajac ich rozmieszczenie, je'sli mu sie wydawalo, ze tak bedzie piekniej. Od czasu do czasu rzucal spojrzenie w okna, chcac sie przekona'c, czy kto's na'n nie patrzy. Ale nigdzie nikogo nie spostrzegl, nie zaszczekal nawet pies. Cisza panowala zupelna az do chwili, kiedy zaczely pia'c koguty i ptaki zerwaly sie w lesie, pozdrawiajac go wesolo.

Stal, poprawiajac jeszcze i przyklepujac ziemie i w tej chwili przyszly mu na my'sl bajki Aslaka, ze w Solbakken zyja krasnoludki i czarownice.

Spojrzal w okno Synn"owe i u'smiechnal sie. Co tez ona powie, gdy wstanie i spojrzy na owe kwiatki? Zrobilo sie juz calkiem jasno, ptaki darly sie wnieboglosy, przesadzil tedy plot i po'spieszyl do domu. Nikt nie bedzie wiedzial, ze byl w Solbakken i pracowal przez cala noc. Ta tajemnica sprawiala mu niewymowna rado's'c.


| Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza tłum. Franciszek Mirandola | c