home | login | register | DMCA | contacts | help | donate |      

A B C D E F G H I J K L M N O P Q R S T U V W X Y Z


my bookshelf | genres | recommend | rating of books | rating of authors | reviews | new | | collections | | | add

- advertisement



I

Po'sr'od wielkich dolin Norwegii znajduje sie gdzieniegdzie odosobnione duze wzniesienie, kt'ore slo'nce o'swietla przez caly dzie'n, od wschodu az do zachodu. Mieszka'ncy siedzib lezacych blizej stok'ow g'orskich, niezalewanych tak hojnie potokami slo'nca, zowia takie wzniesienia Solbakken czyli slonecznymi wzg'orzami. Ta, o kt'orej opowiedzie'c tu zamierzam, mieszkala wla'snie na takim wzg'orzu, w zagrodzie nazwanej Solbakken. 'Snieg w jesieni spadal tam najp'o'zniej, za's z wiosna topnial najwcze'sniej.

Wla'sciciele zagrody byli wyznawcami sekty religijnej Haugego i zwano ich badaczami Pisma 'Swietego, jak zreszta wszystkich sekciarzy, kt'orzy gorliwiej od innych rozczytywali sie w Biblii. Gospodarz nosil imie Guttorm, jego za's zona Karen. Pierworodny syn umarl im zaraz po urodzeniu i odtad przez trzy lata noga ich nie postala w tej stronie ko'sciola, w kt'orej stala chrzcielnica. Po tym czasie przyszla na 'swiat c'oreczka. Na pamiatke pierworodnego syna chcieli jej nada'c imie podobne. Poniewaz on byl ochrzczony jako Sywert, ona otrzymala na chrzcie imie Synn"ow. Nie mogli oboje wymy'sli'c nic bardziej podobnego. Ale matka zwala c'orke Synn"owe, gdyz przemawiala tak do niej, kiedy byla male'nka. Twierdzila, ze latwiej m'owi'c: Moja Synn"owe, niz: Moja Synn"ow. Ostatecznie, gdy dziecko podroslo, wszyscy za matka zwali ja Synn"owe. Panowalo og'olne przekonanie, ze jak daleko siegna'c moga pamiecia najstarsi, nie bylo w okolicy piekniejszego dziewczecia od Synn"owe ze Slonecznego Wzg'orza.

Byla jeszcze male'nka, a juz brali ja rodzice ze soba do ko'sciola w kazda niedziele, gdy tylko proboszcz miewal kazanie. Zrazu co prawda nie rozumiala nic z tego, co m'owil, my'slac jedynie, ze proboszcz pomstuje na znanego obwiesia Benta, siedzacego pod sama kazalnica. Ojciec jednak nie zaniechal zabierania malej do ko'sciola, chcac, by sie, jak m'owil, przyzwyczajala; matka za's nie sprzeciwiala sie temu gdyz B'og wie, co sie jej w domu moze przytrafi'c. Ile razy nie chcialo sie u nich chowa'c jagnie, koza czy prosie, ile razy zachorzala krowa zawsze te sztuke darowano malej na wlasno's'c i matka twierdzila stanowczo, ze od tego dnia wszystko zmienialo sie na lepsze. Ojciec nie dawal temu wiary, ale bylo mu wszystko jedno, czyje bylo bydlatko, byle tylko nie chorowalo.

W drugim ko'ncu doliny, u samego podn'oza wysokiej skaly, lezala zagroda zwana Granlien czyli Zbocze 'Swierkowe nazwana tak od sporego lasu 'swierkowego, kt'ory ja otaczal. Byl to jedyny tego rodzaju las w okolicy. Pradziad obecnych wla'scicieli byl swego czasu wojakiem i przez jaki's okres przebywal w Holsztynie zagrozonym przez Rosjan. Z tej wyprawy przyni'osl sobie w tornistrze r'oznego rodzaju nasiona zagraniczne i posial je w poblizu swej posiadlo'sci. Z biegiem czasu jednak wszystkie ro'sliny zmarnialy z wyjatkiem 'swierk'ow, kt'ore wyrosly z ziarna szyszek zebranych przypadkowo. Z tych 'swierk'ow, kt'ore sie dobrze zakorzenily, powstal las ocieniajacy teraz budynki zagrody ze wszystkich stron.

W rodzinie panowal od niepamietnych czas'ow zwyczaj, ze najstarsi synowie zwali sie na przemian Torbj"orn i S"amund. Wspomniany wojak na pamiatke dziada otrzymal na chrzcie imie Torbj"orn, za's najstarszemu swemu synowi dal na imie S"amund jak sie zwal ojciec. Taka juz byla tradycja. Podobno jak glosila legenda w Granlien szcze'scie sprzyjalo tylko co drugiemu wla'scicielowi i wla'snie nie temu, kt'ory nosil imie Torbj"orn.

Ostatni wla'sciciel, S"amund, z chwila narodzin syna zastanawial sie gleboko, co uczyni'c. Ale po dlugim dumaniu doszedl do przekonania, ze niepodobna zrywa'c z tradycja rodzinna i dal synowi imie Torbj"orn. Potem jednak zaczal ponownie duma'c, czy nie mozna by wychowa'c chlopca w ten spos'ob, by go uchroni'c od niepowodze'n, kt'ore mu niosly tradycja i ludzka gadanina. Nie byl pewny, czy mu sie to uda, ale zauwazywszy w chlopcu sklonno's'c do krnabrno'sci, powiedzial zonie: To musze ze'n wykorzeni'c!. Bral tedy od czasu do czasu do reki r'ozge i zmuszal trzyletniego malca do ukladania porozrzucanych ze zlo'sci polan drewna, podnoszenia kubka, kt'ory cisnal o ziemie, lub glaskania kota, kt'orego wytargal za ogon. Zona spostrzeglszy, iz maz wpada w taki nastr'oj, wychodzila zazwyczaj z domu.

Dziwilo to S"amunda, ze w miare jak chlopcu przybywalo lat, coraz wiecej bylo w nim wad do wykorzenienia, mimo iz postepowal z nim coraz to surowiej. Zawczasu zasadzil go do abecadla, a takze zabieral go ze soba w pole, by go nie traci'c z oczu. Matka zajeta gospodarstwem i drobnymi dzie'cmi poprzestawala na gladzeniu syna po policzkach i udzielaniu zbawiennych rad co rano przy ubieraniu. Poza tym wstawiala sie za nim do ojca, ile razy w niedziele i 'swieto siedzieli oboje w domu na poufnej pogawedce.

Torbj"orn, kt'ory za byle co zawsze dostawal w sk'ore, nawet za to, ze a b nie brzmialo jak m'owil ba, ale ab, lub za to, ze chcial zbi'c mala Ingrid tak samo, jak jego bil ojciec rozmy'slal nad dziwna zagadka, dlaczego jemu jest tak 'zle, a jego mlodszemu rodze'nstwu tak dobrze na 'swiecie.

Przebywajac ciagle z ojcem, a nie o'smielajac sie z nim duzo rozmawia'c, stal sie malom'owny, ale za to duzo my'slal. Pewnego dnia, kiedy byli zajeci przewracaniem suszacego sie siana, wyrwalo mu sie pytanie:

Czemuz to w Solbakken siano dawno juz suche i zwiezione, a u nas mokre?

Bo tam wiecej slo'nca niz u nas! odparl ojciec. Torbj"orn po raz pierwszy w zyciu u'swiadomil sobie, ze znajduje sie poza sfera sloneczna, poza owym blogoslawionym, oblanym jasno'scia osiedlem, kt'ore tak czesto pociagalo jego oczy. Od tego dnia coraz cze'sciej spogladal ku Solbakken.

Czemuz sie znowu gapisz? pytal ojciec, dajac mu szturcha'nca. Tutaj w Granlien musimy pracowa'c wszyscy, mlodzi i starzy, by nie zej's'c na psy.

Gdy Torbj"orn mial lat siedem, odprawil S"amund parobczaka i przyjal innego, imieniem Aslak, kt'ory zwiedzil pono duzo 'swiata, mimo iz byl zaledwie wyrostkiem. Tego wieczoru, kiedy Aslak przybyl, Torbj"orn lezal juz w l'ozku. Nazajutrz siedzial przy stole i uczyl sie. Nagle kto's otwarl drzwi z takim halasem, jakiego Torbj"orn w zyciu nie slyszal. Do izby wszedl Aslak. Ni'osl olbrzymia narecz drzewa opalowego i rzucil ja na podloge z taka sila, ze polana rozlecialy sie na wszystkie strony, podskakiwal wysoko i tupal, by otrzasna'c 'snieg z obuwia, a przy kazdym kroku powtarzal:

Oj zimno! m'owila narzeczona krasnoludka, siedzac po pas w lodzie!

Ojca nie bylo w domu. Matka zmiotla 'snieg i nic nie m'owiac, wyniosla go z izby.

C'oz tak wytrzeszczasz 'slepia? powiedzial Aslak.

Nie wytrzeszczam! odrzekl Torbj"orn ze strachem.

Czy widziale's koguta, kt'orego masz tam wymalowanego w ksiazce? spytal Aslak.

Tak! odparl Torbj"orn.

Gdy zamkniesz ksiazke, zlatuje sie do niego mn'ostwo kur! Czy's to widzial?

Nie!

To zobacz!

Chlopak otwarl ksiazke.

Osiol jeste's! krzyknal Aslak z pogarda.

Od tej chwili mial na Torbj"orna wplyw ogromny.

Nic nie wiesz! Nic nie umiesz! o'swiadczyl raz Torbj"ornowi, kt'ory dreptal za nim ciagle, chcac wiedzie'c, co robi.

Umiem katechizm az do czwartego rozdzialu! odparl chlopiec dumnie.

Ba! To glupstwo! Ale nie znasz historii o krasnoludku, kt'ory ta'nczyl z dziewczyna od 'switu do zachodu slo'nca, a potem pekl jak ciele, kt'ore napilo sie kwa'snego mleka.

Torbj"orn nigdy w zyciu nie slyszal tylu madrych rzeczy na raz.

Gdziez to bylo? spytal.

Gdzie? Ano To bylo Tak Tak, to sie stalo tam naprzeciwko, w Solbakken.

Torbj"orn wytrzeszczyl oczy.

A czy slyszale's o czlowieku, kt'ory sie zaprzedal diablu za pare starych but'ow?

Torbj"orn zaniem'owil ze zdumienia.

Pewnie chcesz wiedzie'c, gdzie sie to stalo? pytal Aslak. Ano takze w Solbakken, ot tam, nad strumieniem, kt'ory stad wida'c. Boze, bad'z milo'sciw! dodal po chwili. Ladny z ciebie, widze, chrze'scijanin! Zaloze sie, ze nie wiesz nic o Kari, co miala drewniana sp'odnice?

Torbj"orn nie slyszal o niej rzeczywi'scie.

Aslak pracowal zwawo i rozprawial przy tym wesolo o Kari w drewnianej sp'odnicy, o mlynie mielacym s'ol na dnie morza, diable w sabotach, o krasnoludku, kt'oremu rozlupany pie'n drzewa przyskrzynil brode tak, ze nie m'ogl sie ruszy'c, o siedmiu zielonych pannach, kt'ore wyrwaly 'spiacemu Piotrkowi klusownikowi wlosy z lydek, a mimo to nie mogly go zbudzi'c Slowem gadal r'ozne cudactwa, a wszystko to mialo sie sta'c tam w Solbakken.

C'oz sie, na mily B'og, stalo chlopcu? dziwila sie na drugi dzie'n matka. Od samego rana kleczy na lawce i wpatruje sie w Solbakken.

Rzeczywi'scie, gapi sie jak ciele na malowane wrota! powiedzial ojciec.

Lezal na l'ozku i odpoczywal cale poobiedzie, byla to bowiem niedziela.

Ludzie powiadaja zauwazyl od niechcenia Aslak ze jest zareczony z Synn"owe Solbakken! i dodal: Ale ludzie gadaja czesto glupstwa!

Torbj"orn nie zrozumial dobrze, co m'owi Aslak, ale mimo to zarumienil sie po uszy. Uslyszawszy te uwage, zszedl z lawki, wzial katechizm i zaczal sie uczy'c.

Dobrze robisz! powiedzial Aslak. Pociesz sie slowem bozym, bo i tak jej nigdy nie dostaniesz!

Minelo z p'ol tygodnia i Torbj"orn sadzil, ze ta niedzielna sprawa poszla w zapomnienie. Pewnego dnia spytal matki po cichu wstydzil sie bowiem

Mamo! Kto to jest Synn"owe Solbakken?

To mala dziewczynka, kt'ora kiedy's bedzie wla'scicielka Solbakken.

Czy ona ma drewniana sp'odnice? pytal juz 'smielej.

Matka spojrzala na'n zdumiona.

Co to znaczy? spytala.

Czul, ze powiedzial glupstwo i zamilkl.

Nie ma chyba na 'swiecie m'owila matka piekniejszego dziecka. To jest nagroda Pana Boga za to, ze zawsze jest dobra, grzeczna i pilnie sie uczy.

Dowiedzial sie zatem i tego.

Pewnego dnia pracowal S"amund z Aslakiem w polu. Po powrocie do domu rzekl do syna:

Zabraniam ci od dnia dzisiejszego zadawa'c sie z Aslakiem.

Ale Torbj"orn nie zwazal na ten zakaz. Po jakim's czasie tedy odezwal sie ojciec:

Je'sli cie kiedy jeszcze zobacze z tym nicponiem, to popamietasz!

Od tego czasu wl'oczyl sie za Aslakiem potajemnie. Pewnego jednak dnia ojciec przylapal ich na pogawedce.

Torbj"orn dostal w sk'ore i zostal odeslany do domu. Odtad spotykali sie w'owczas jeno, kiedy ojca nie bylo w domu.

Pewnej niedzieli, gdy ojciec byl w ko'sciele, Torbj"orn dokazywal z Aslakiem. Rzucali sie 'sniegiem.

Nie zaprotestowal w ko'ncu Torbj"orn, dostawszy pare kul w twarz i glowe. Mam tego dosy'c! Rzucajmy w co's innego.

Aslak sie zgodzil i zaczeli rzuca'c w mala sosne stojaca obok lamusa[1], potem w drzwi, a na koniec w okno budynku.

Nie rzucaj w szybe ostrzegl Aslak tylko w rame!

Ale Torbj"orn rozbil szybe i natychmiast pobladl ze strachu.

Ba! Kt'oz sie o tym dowie? pocieszal go przyjaciel. Rzucaj dalej!

Torbj"orn rzucil zn'ow i rozbil druga.

Nie bede juz rzucal! o'swiadczyl. W tej chwili ukazala sie w drzwiach najstarsza siostra Torbj"orna, mala Ingrid.

Rzucaj w nia! powiedzial Aslak.

Torbj"orn byl podniecony i usluchal. Dziewczynka zaczela plaka'c, a na ten glos wyszla matka i zabronila mu tej zabawy.

Rzucaj dalej! namawial go Aslak.

I Torbj"orn rzucil jeszcze raz.

Oszalale's, chlopcze? zawolala matka i skoczyla ku niemu.

Zaczal ucieka'c, matka za nim i tak gonili sie wokolo podw'orza. Aslak 'smial sie, a matka miotala pogr'ozki. Na koniec dopadla go w jakiej's zaspie i zamierzala wygarbowa'c mu sk'ore.

Niech mama mnie nie bije krzyknal bo oddam! Taki tu jest zwyczaj!

Przerazona matka opu'scila reke i powiedziala:

Tego cie nauczyl Aslak!

Wziela go spokojnie za reke i zaprowadzila do domu. Nie odezwala sie do'n ni slowem, zajela sie mlodszymi dzie'cmi i powiedziala im, ze niedlugo ojciec wr'oci z ko'sciola.

W izbie zrobilo sie nagle jako's goraco. Aslak poprosil o pozwolenie odwiedzenia krewniaka i otrzymal je natychmiast. Gdy wyszedl, odwaga do reszty opu'scila Torbj"orna. Zaczely go bra'c mdlo'sci i cale cialo oblalo sie potem. O, zeby to matka nic nie m'owila ojcu! my'slal, ale nie m'ogl sie przezwyciezy'c, by ja o to poprosi'c. Krecilo mu sie w glowie. Wszystko ta'nczylo mu przed oczyma, a zegar tykal wyra'znie: Ba-ty, ba-ty, ba-ty!.

Nie m'ogl wytrzyma'c, wylazl na lawe i spojrzal ku Solbakken. Bylo ciche, przysypane 'sniegiem, polyskiwalo w slo'ncu wszystkimi szybami. O, tam nie braklo na pewno ni jednej! Dym wznosil sie ra'zno w g'ore. Zapewne gotowano posilek dla tych, kt'orzy mieli wr'oci'c z ko'sciola. A Synn"owe? Oczekuje niewatpliwie ojca ale nie dostanie w sk'ore o nie gdy wr'oci do domu.

Nie wiedzial, co ze soba zrobi'c, i nagle wezbralo w nim uczucie wielkiej serdeczno'sci dla si'ostr i podarowal malej Ingrid najpiekniejszy, polyskujacy guzik otrzymany w podarunku od Aslaka.

Droga Ingrid pytal czy gniewasz sie jeszcze na mnie?

Nie, Torbj"ornie! odparla uszcze'sliwiona. Pozwalam ci nawet rzuca'c 'sniegiem we mnie, jak dlugo ci sie bedzie podobalo.

Naraz uslyszal tupanie w sieni. Kto's otrzepywal 'snieg z n'og Tak, to ojciec.

Wszedl. Mial mine lagodna i wesola A to bylo jeszcze gorsze!

No i c'oz? spytal, rozgladajac sie wokolo. Torbj"orn dziwil sie bardzo, ze zegar nie spadl w tej chwili ze 'sciany. Matka postawila ojcu jedzenie.

No, c'oz slycha'c w domu? spytal ojciec, zasiadajac przy stole i biorac lyzke.

Torbj"orn spogladal na matke, a w jego oczach ukazaly sie lzy.

Ooo wszystko dobrze! odparla matka przeciagajac to ooo niezmiernie dlugo. Czul dobrze, ze chce powiedzie'c co's wiecej. Ale dodala tylko: Pozwolilam wyj's'c Aslakowi.

Teraz sie zacznie pomy'slal Torbj"orn i zaczal bawi'c sie z Ingrid z takim zapalem, jak gdyby go poza tym nic na 'swiecie nie obchodzilo.

Nigdy nie zuzyl jeszcze ojciec tyle czasu na jedzenie. Torbj"orn rachowal kesy, gdy za's doszedl do czwartego, zapragnal przekona'c sie, do ilu doliczy'c potrafi miedzy czwartym a piatym i stracil w ten spos'ob rachube. Na koniec ojciec wstal i wyszedl na dw'or.

Szyby szyby szyby! tetnilo w uszach chlopca i mimo woli rozejrzal sie po izbie, czy i tu jakiej's nie brak. Ale nie, wszystkie byly cale.

Po chwili wyszla matka. Torbj"orn wzial mala Ingrid na kolana i powiedzial do niej tak czule, ze az zdziwiona spojrzala mu w oczy:

Chcesz, by'smy sie zabawili w kr'olewne na lace?

Dziewczynka zgodzila sie z po'spiechem, a Torbj"orn za'spiewal, czujac, ze nogi drza pod nim:

Kwiateczku maly,

'Sliczny kwiateczku,

Czy chcesz by'c moim kochankiem?

Dostaniesz plaszczyk nowy,

Czerwony, atlasowy,

Zlotem przybrany,

Perlami haftowany.

Tralala tralala tralala

Kr'olewny slucha'c trza!

Ingrid odpowiedziala:

Kr'olewno mala,

'Sliczna kr'olewno,

Nie chce by'c twoim kochankiem,

Nie neci mnie plaszcz nowy,

Czerwony, atlasowy,

Zlotem przybrany,

Perlami haftowany.

Tralala tralala tralala

Nie chce kr'olewno ma.

Wla'snie w najpiekniejszym miejscu zabawy wszedl ojciec i spojrzal ostrym wzrokiem na syna. Torbj"orn przycisnal do siebie mocniej Ingrid i o dziwo nie spadl z krzesla. Ojciec odwr'ocil sie od niego bez slowa.

Minelo p'ol godziny, a ojciec milczal i Torbj"orn uczul ulge, ale nie 'smial jeszcze wierzy'c, ze mu to ujdzie na sucho. Nie wiedzial, co my'sle'c o tym wszystkim, i gdy ojciec sam pomagal rozbiera'c go do snu, zaczal drze'c na calym ciele. Ojciec pogladzil go czule po wlosach i policzkach. Nie zdarzylo sie to nigdy jeszcze, jak m'ogl siegna'c pamiecia, totez cieplo objelo jego serce i cale cialo, trwoga przeminela i stopniala jak l'od w slo'ncu.

Sam nie wiedzial, jak sie dostal do l'ozka. A poniewaz rado'sci swej nie m'ogl objawi'c ani 'spiewem, ani okrzykami, przeto zlozyl rece i po cichute'nku odm'owil Ojcze nasz sze's'c razy naprz'od i sze's'c razy wstecz, a zasypiajac czul, ze na calym bozym 'swiecie nie ma czlowieka, kt'ory by dla'n byl tym, czym ojciec.

Nazajutrz obudzil sie z okropnym strachem. Nie m'ogl krzycze'c, ale wiedzial, ze teraz oto spadna na'n ciegi. Otwarl oczy i przekonal sie z ogromna ulga, iz to byl jeno sen. Niebawem zauwazyl, ze w sk'ore dostanie kto's inny, mianowicie Aslak.

S"amund spacerowal tam i z powrotem po izbie, a takie jego kroki znal Torbj"orn doskonale. Krepy, troche za niski, ale silny chlop spozieral raz po raz spod krzaczastych brwi na Aslaka i nie ulegalo watpliwo'sci, ze gro'zna burza wisi w powietrzu. Aslak siedzial na wielkiej beczce i bujal nogami, czasem podwijajac jedna pod siebie. Rece jak zwykle trzymal w kieszeniach spodni, a czapke nasunal na czolo i oczy tak, ze wlosy sterczaly mu po obu stronach, a oczu wida'c nie bylo. Skrzywione zazwyczaj grymasem usta byly dzisiaj jeszcze bardziej krzywe.

Po dlugim milczeniu Aslak zaczal pierwszy:

Wasz syn, gospodarzu, zwariowal! Ale jeszcze gorsza rzecz, ze kto's na waszego siwka rzucil czary.

Ty lajdaku bezwstydny! wrzasnal S"amund, az zadudnilo w izbie.

Aslak przekrzywil glowe na bok, a S"amund chodzil dalej tam i z powrotem.

Naprawde ko'n jest zepsuty przez czary zaczal zn'ow Aslak badajac, jakie wrazenie wywolaja te wla'snie slowa.

Czary naturalnie, ze czary! wrzasnal S"amund. A kt'oz to zrobil, jak nie ty, drabie jeden? 'Scinale's w lesie drzewo i spu'scile's je na konia oto pow'od, dlaczego teraz nie chce ciagna'c!

Aslak sluchal spokojnie przez jaki's czas, a potem rzekl:

Wierzcie sobie w to. Wiara nikogo nie ha'nbi. Ale watpie, czy dlatego ko'n przyjdzie do siebie!

Aslak posunal sie jednocze'snie na beczce i oslonil twarz reka.

S"amund przystapil do'n blisko i powiedzial glosem przyciszonym, zwiastujacym w'scieklo's'c:

Jeste's ostatniego rzedu

S"amund! rozleglo sie wolanie zony, Ingeborgi.

Uspokajala meza i jednocze'snie niemowle przy piersi, kt'ore przerazone zabieralo sie do placzu.

Dziecko uspokoilo sie i S"amund takze. Podsunal tylko pod nos Aslaka pie's'c moze nieco za mala w stosunku do rozmiar'ow ciala i pochylony nad nim wiercil go na wylot ostrym spojrzeniem.

Potem rozpoczal na nowo wedr'owke po izbie, rzucajac od czasu do czasu okiem na Aslaka, kt'ory pobladl. Mimo to strone twarzy zwr'ocona do Torbj"orna wykrzywil drwiacym grymasem, podczas gdy druga strona zwr'ocona do S"amunda pozostala spokojna.

Boze, uzbr'oj nas w cierpliwo's'c! westchnal po chwili Aslak z szyderstwem, ale r'ownocze'snie uni'osl w g'ore lokie'c dla odbicia spodziewanego ciosu.

S"amund przystanal. Tupnal tak, ze beczka wraz z Aslakiem podskoczyla w g'ore, i krzyknal co sil w piersiach:

Nie wymieniaj Jego imienia ty

Ingeborga przybiegla wraz z dzieckiem i chwycila meza za reke. Nie spojrzal na nia, ale opu'scil ramie. Ona siadla, a on znowu zaczal przemierza'c izbe krokami. Przez czas dluzszy trwalo milczenie, a Aslak, nie mogac wytrzyma'c, odezwal sie:

O tak On mialby duzo do roboty w Granlien, ho, ho!

S"amund! S"amund! krzyknela blagalnie Ingeborga, ale on rzucil sie juz z w'scieklo'scia na Aslaka. Ten wysunal w obrone noge, lecz S"amund chwycil jedna reka za nia, a druga za kolnierz chlopaka, podni'osl go w g'ore i cisnal z taka sila w zamkniete drzwi, ze kwatery drzewa wypadly z osady, a za nimi wylecial do sieni sam Aslak.

Matka, Torbj"orn i wszystkie dzieci krzykiem blagaly o zmilowanie dla Aslaka, caly dom rozbrzmiewal wrzaskami, ale S"amund nie sluchal, wybiegl za chlopakiem, podjal go z ziemi, wyni'osl na podw'orze, podni'osl w g'ore i grzmotnal nim powt'ornie o ziemie. Ale spostrzeglszy, ze w miejscu, gdzie lezy, jest za duzo 'sniegu, by sie m'ogl porzadnie potluc, przycisnal mu kolanem piersi i walil przez chwile po twarzy, potem niby wilk niosacy zdobycz podjal go ponownie i cisnal na twarda ziemie. Tutaj przywarl go zn'ow kolanem i zaczal oklada'c.

Kto wie, jakby sie to sko'nczylo, gdyby nie Ingeborga, kt'ora z niemowleciem na reku odciagnela meza od nieszczesnej ofiary.

Sprowadzisz nieszcze'scie na nas wszystkich! krzyknela i to otrze'zwilo S"amunda.

W chwile potem Ingeborga siedziala w izbie. Torbj"orn ubieral sie, ojciec chodzil znowu tam i z powrotem, popijajac od czasu do czasu wode. Ale rece tak mu sie trzesly, ze woda rozbryzgiwala sie po ziemi. Aslak sie nie pokazywal, wiec Ingeborga chciala zobaczy'c, co sie dzieje.

Zosta'n! warknal S"amund glucho, jakby m'owil do kogo's obcego.

Po chwili jednak wyszedl sam i nie wr'ocil rychlo. Torbj"orn wzial ksiazke i uczyl sie pilnie, nie podnoszac oczu, mimo ze nie rozumial ani jednego slowa z tego, co czytal.

Potem powr'ocil zn'ow dawny lad, wszyscy sie uspokoili, ale nikt nie m'ogl sie oprze'c wrazeniu, ze przed godzina byl w domu kto's obcy i straszny. Torbj"orn o'smielil sie wreszcie wychyli'c za pr'og i natknal sie na Aslaka, kt'ory pakowal swe manatki na sanki, bedace zreszta wlasno'scia Torbj"orna. Chlopiec patrzyl przerazony, bo Aslak strasznie wygladal. Cala twarz i znaczna cze's'c odziezy pokryte byly krwia. Kaszlal i obmacywal swa pier's. Spogladal przez chwile na Torbj"orna w milczeniu, a potem krzyknal:

Wyno's sie, nie zniose twego widoku!

Siadl na sanki jak na konia i zjechal ze spadzistego wzg'orza.

Dlugo poczekasz na swoje sanki! wrzasnal jeszcze z oddali, odwracajac sie i pokazujac mu jezyk.

Takie bylo pozegnanie Aslaka.

Co's w tydzie'n po tym zjawil sie w Granlien policjant. P'o'zniej ojca czesto nie bywalo w domu. Matka plakala, a potem i ona czesto byla nieobecna.

Co to znaczy? spytal raz Torbj"orn matke.

To wszystko przez Aslaka! odparla.

Pewnego dnia przylapano mala Ingrid, jak 'spiewala:

Juz mi zycie sie zmierzilo,

Wszystko sie tu przewr'ocilo!

C'orka skacze jak szalona,

Syn sie gapi jakby wrona,

Siedzi w oknie istny kolek,

Jest to wariat i matolek!

Matka w jadlo miast sloniny

Leje wode bez przyczyny!

Ojciec, le'n, na l'ozku lezy,

Tyle, ze w swaBibliewierzy!

Kot, najmedrszy w calym domu,

Spija mleko po kryjomu!

Oczywi'scie zarzadzono 'sledztwo, skad sie nauczyla tych wierszy. Wyznala, ze slyszala je od Torbj"orna. On za's przerazony o'swiadczyl, ze nauczyl go tej piosenki Aslak.

Je'sli bedziesz to 'spiewal lub uczyl innych powiedzial ojciec dostaniesz lanie!

Niedlugo potem zaczela mala Ingrid kla'c. Torbj"orn zostal wziety na spytki i S"amund zawyrokowal, ze najlepiej mu zaraz wygarbowa'c sk'ore. Ale chlopiec wypraszal sie i czynil tak piekne obietnice, ze uniknal tym razem kary.

Nastepnej niedzieli powiedzial do'n ojciec:

Nie bedziesz dzisiaj wyprawial glupstw w domu! P'ojdziesz ze mna do ko'sciola!


Bj "ornstjerne Bj"ornson Dziewcz e ze Slonecznego Wzg\orza t lum. Franciszek Mirandola | Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza tłum. Franciszek Mirandola | c